4 obserwujących
13 notek
15k odsłon
  1156   1

Jak trafiłem na morze nr 7

Natomiast Studium Wychowania Fizycznego było organizacją wpływową i niebezpieczną.

Nie było mowy o nieodrobieniu nieobecności, czy nie zaliczeniu obowiązkowych ćwiczeń, które nie dla wszystkich były łatwe.

30 skrętoskłonów w ciągu minuty,10 podciągnięć nachwytem na drążku, wymyki, ”aniołki” na poręczach czy wejście po 6-metrowej linie z wolnym końcem było egzekwowane bezlitośnie.

Tak samo jak do eliminowania łamagów Studium mogło użyć swych wpływów do ratowania sportowych talentów, którym nie chciało się uczyć.

Na przykład mój kolega z pokoju Zdzich, karykaturalnie chudy talent sportowy, który po trzech piwach wygrywał wszystkie zawody lekkoatletyczne, na jakie go wysłano był 5 lat na pierwszym roku.

Basen stanowił integralną i poważna część edukacji, prowadzoną również przez Studium Wychowania Fizycznego.

Nie wszyscy na pierwszym roku umieli pływać, więc należało ich nauczyć. Celował w tym magister o pseudonimie ”Sztary”.

Stawiał delikwenta w slipach i czepku na słupku nad głęboką woda.

- Szkacz sztary! –mówił do niego ”Sztary”.

-Nie umiem pływać, panie magistrze-

-Szkacz sztary –powtarzał “Sztary” lekko podnosząc głos.

Zrozpaczony student-marynarz skakał i natychmiast zaczynał tonąć.

Przed śmiercią wynurzał się jednak kilkakrotnie na powierzchnię, gdzie czekała na niego uśmiechnięta twarz “Sztarego”.

-Widzisz sztary, umiesz pływać, czemu kłamiesz?-wyrzucał mu “Sztary”

Facet zaczynał wtedy przeważnie w siebie wierzyć i dochlapywał się jakoś do drabinki.

Jeśli jednak delikwent uparcie robił „za siekierę”, ”Sztary” ratował go podając mu kij.

Kiedy jednak nieszczęśnik go chwytał “Sztary” kij puszczał śmiejąc się okrutnie.

Tonący student - marynarz trzymał bezsensownie kij, który nie gwarantował mu nawet trzech lat MarWoja.

Albo wtedy ratował kij i siebie, albo prosił z wody o skreślenie z listy studentów.

             Chciałbym wspomnieć jeszcze o języku angielskim. Był on w naszej szkole przedmiotem stanowczo nie docenianym, nad czym bolała jedna z najszlachetniejszych postaci naszej szkoły, pan Władysław Kanik. Na dobrą sprawę, znając angielski można się nawigacji, stateczności i w ogóle wszystkiego nauczyć na w morzu z książek, które powinny być dostępne na każdym porządnym statku.

Niestety zamiast większej ilości angielskiego mieliśmy PNP(Podstawy Nauk Politycznych), i filozofię marksistowska.

Książkę Kanika “English for Ships Officers” woziłem długo ze sobą na statkach i wiele razy z niej korzystałem.

Pan Kanik nie mógł zrozumieć, że tak można lekceważyć język, bez którego nie da się przecież pracować na morzu.

               Ten pierwszy semestr jakoś z angielskiego zaliczyli wszyscy, z wyjątkiem jednego studenta.

                “Góral” nie mógł się niestety nic się nauczyć i w ogóle nie wierzył, że gdzieś tam mogą mówić w jakichś tam językach obcych.

Pan magister zlitował się jednak nad “Góralem”..

-Dobrze – powiedział - Dam panu ostatnią szansę-

Napisał na tablicy “MÓWIĘ PO ANGIELSKU” i wywołał “Górala” na środek sali.

“Góral” uśmiechnął się z ulgą.

-Aj...spik - zaczął bez zająknienia....AJ SPIK!!!::-czółko “Górala” zmarszczyło się nad białymi brewkami w intelektualnym wysiłku -...jak do cholery może być po angielsku “po”?-

Spojrzał na nas, ale nic nie odczytał.

-Aj spik...Aj spik.. - rozpędzał go życzliwie, z nieukrywaną nadzieją lektor

-....after england - dokończył “Góral” z ulgą i uśmiechnął się szeroko.

I tak przetrzebieni zimową sesją, wynędzniali po zimie i akademickiej stołówce, wystawiliśmy swoje blade i chude twarze na wiosenne słońce. Najbliższa przyszłość miała nam przynieść pierwsze praktyki morskie, które miały trwać dwa tygodnie i odbywać sie na “rzygaczach” czyli “Zenicie” i “Horyzoncie” i na “Janie Turlejskim”.*

               “Turleja” odziedziczyliśmy razem z budynkiem szkoły po rozwiązanej PSRM.**

                  I pewnego słonecznego dnia zjawiliśmy się na szerokim, drewnianym pokładzie “Turleja” z workami żeglarskimi.

“Turlej” miał “duszę” i lubiło się go od razu. Był to trawler burtowy, zbudowany w latach pięćdziesiątych i była to bardzo udana seria. Statki były “dzielne”, siedziały w wodzie głęboko na 5.60 m. a bak był wysoko zabudowany. Maszyna parowa dawała niespotykany na motorowcach komfort jazdy, ze względu na cichą pracę.

Do tego wszystkiego na dziobie był wygodny kubryk, szerokie koje, no a już kuchnia na “Janie Turlejskim” to była cała legenda.

Słyszeliśmy o niej na długo przed zamustrowaniem. Nie była gorsza niż na “Batorym”, a podczas jednego rejsu nie powtarzała się nawet zupa.

                 Kapitan Gorządek był jak cały statek – człowiek - legenda.

Legenda kapitana dotyczyła spostponowania jakiegoś członka rodziny królewskiej, ale to nic pewnego.

Pewne było natomiast, że kapitan dbał o nas jak matka, pilnował żebyśmy byli ciepło ubrani i pytał co byśmy zjedli na obiadek.

Byczyliśmy się więc na pokładzie “Turleja” w wiosennym słońcu i czuliśmy się bardzo dowartościowani.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości