11 obserwujących
29 notek
48k odsłon
  2913   1

Mały statek na głębokiej wodzie

Piotr Trzebuchowski kpt.ż.w.

Abs.WN WSM 1975                                             

Gdyniaimage





MAŁY STATEK NA GŁĘBOKIEJ WODZIE 



           Pływałem przez pewien czas na 200 tonowych coasterach, załoga do 5 osób z kapitanem czyli skipperem, który był przeważnie właścicielem statku. Bardzo surowi ludzie, ale doskonali żeglarze. Kompas tylko magnetyczny, ale z żyropilotem, bez mechanika.


              I jeden z tych stateczków mojej kariery opisuję poniżej. Opis pokazuje, że marynarze to nie chłopcy w białych podkolanówkach, co to nie piją alkoholu i nie używają brzydkich wyrazów, tylko normalni faceci co idą na morze jak muszą, dla chleba.

Wspominam dobrze wszystkie trzy coastery, bo tam miałem szkołę morza twardą i niebezpieczną, ale potrzebną.

Ręce zamarzały mi przy zamykaniu ładowni zimą na szersztoki i dechy, a na to na sztywny od mrozu i wody morskiej brezent, jak to w sztormie na Biscayu pękła nam rura chłodzenia SG w maszynie, a my owinęliśmy rurę gumowymi wycieraczkami sprzed drzwi ściągając je drutami i z duszą na ramieniu żeglowaliśmy 3 tygodnie do Dunkierki z prędkością 3 węzły.


19 maja 1986 Bremen, statek Ellen


      Powiedziałem kierowcy nazwę statku. Ten przekazał ją gdzieś przez radio i po chwili zaczął jechać, jakby już wiedział dokąd.

Zatrzymał się (licznik 16.60 marki) pod statkiem o nazwie PLUTO. Kierowca na chwilę zbaraniał, ale za chwilę się uśmiechnął radośnie. Piętaszkową angielszczyzną wytłumaczył mi, że jak PLUTO odejdzie to zacumuje na jego miejscu ELLEN. Nie byłem przekonany, ale wysiadłem. Dałem mu 20 marek, a on podziękował i pośpiesznie odjechał.

Keja miała z 50 metrów szerokości i z 500 długości. W zasięgu wzroku ze 20 kontenerowych suwnic bramowych. Na wysokości końca jednego z magazynów zobaczyłem jakiś kształt. Ruszyłem więc tam z moją walichą przygotowany na kłopoty. Ale intuicja mówiła mi - „idziesz źle!”.

Po jakichś stu metrach odwróciłem się więc w stronę PLUTA.

I co?

Do butry PLUTA cumował „alongside” maleńki seledynowy okręcik To był mój ELLEN właśnie.

Wlazłem na FLUTA, przeszedłem na burtę „od wody”- do pokładu Ellen brakowało mi 10 metrów w dół.

 Znalazłem na pokładzie kawałek linki i spuściłem na niej moją walichę. Na pokład Ellen zlazłem po sztormtrapie. 

Na decku rudy wytatuowany brodacz z kolczykami w uszach malował pokład.

-Styrmand (Oficer)?-spytał.

-Ja-

-Så skal du idenfor? (to proszę do środka)-

Kabinka maleńka z koją w poprzek. Biureczko. Nad biureczkiem szafka, a w szafce dwa kieliszki i krem nivea. Na koi jakieś wygniecione szmaty.

- Er det gammelt eller nyt? (to nowe czy stare) -spytałem wskazując na pościel.

-Sengetøj? Nyt. (pościel? Świeża.) powiedział ryży i uśmiechnął się. Podniosłem kołdrę –nawet ładnie pachnie, ale jakaś wygnieciona.

Na pokładzie jakiś sympatyczny, uśmiechnięty blondyn obijał się przy pędzlu.

--Jeg hedder Willy (nazywam się Willy) - leci do mnie z wyciągniętą gablą.

-OK. , Jeg hedder Peter-

-Vi snyder lidt (trochę się obijamy)-usprawiedliwił się.

Na pokładzie pachniało surową bawełną. Zamknąłem oczy i przypomniała mi się scena z „Władysława Łokietka” z Port Sudanu z 1984 roku. Usłyszałem znów szanty chudych jak kościotrupy sudańskich dokerów, wrzucających trzystukilową belę bawełny na trzecią warstwę.

-Nie dacie rady wrzucić tej cholernej beeeli!-śpiewał zapewne zapiewajło-brygadzista w murzyńskim języku..

-Damy radę damy, Oooo paaatrz! - odgryzają się dokerzy i bela ląduje na wysokości 4 metrów, na dwóch poprzednich warstwach bel.”


Ale otwieram oczy, a przede mną stoi kapitan i właściciel statku. Wygląda jak dziadek ukochany przez wnuki.

Podpisujemy szybko tymczasowy hyrekontrakt, czyli umowę o pracę.

Chief, którego zmieniłem mówił, że nieźle płacą. OK, jak mnie będą zmieniać to też bym następcy nieba przychylił.

Rano przyszedł Stary mnie obudzić. Mówił bardzo niewyraźnie, ale kapuję, że mamy iść na drugą keję na przeciwko. W ładowni mieliśmy dwie sztaplarki-trzeba było je zostawić na kei.

Po śniadaniu Stary wziął mnie do kabiny i wypełniliśmy drukowany kontrakt. Od razu mi powiedział, że moje związki zawodowe tu nie działają. Trzeba należeć do związku skipperów. 

Mam gdzieś związki. Jak mi się tu spodoba to się przepiszę.

W końcu przeholowujemy.

-Fisjeigeoptifemsowegmiop!-bełkoce stary w moją stronę. Willy i Knud mają uciechę patrząc na moją minę i tłumaczą mi, że powiedział, że jak nie wstanie do piątej , mam go budzić.

Zaworów balastowych już się nauczyłem, pompy balastowe są dwie. Sypią szybko i i zaraz budzę starego. Zamykamy luki i odchodzimy.

Na Wezerze masa jachtów. O 22 bierzemy pilota z Elba Einz. Pilot mówi, że pamięta mnie z polskiego statku. Ja go chyba też-więc gadka szmatka. Mój angielski dużo lepszy niż jego.

Cumujemy w śluzie Brunsbuttell. Po zacumowaniu stary każe mi iść spać. Budzę się o szóstej-połowa Kanału Kilońskiego.

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości