19 obserwujących
50 notek
95k odsłon
  2187   2

3 następne statki

Szczerze mówiąc to go rozumiem, bo też mam apetyt i jakbym jadł tyle, ile bym chciał, to bym w drzwi nie wszedł.

W każdym razie Johnny ma naturalny komizm, z którym nie każdy aktor się rodzi i w Hollywood zrobiłby karierę.

Przynajmniej można go opisać, a nie to co te życiowe bladosze, co całe życie stanowiły tło dla tła.

29 października 1990

W Dakarze wyszedłem do miasta. Kupiłem na śmierdzącym sikami rynku ogromne rogi jakiejś afrykańskiej krowy i szczękę rekina.

Zaczęła mi ta szczęka trochę w kabinie śmierdzieć, więc ja wyniosłem do maszyny, żeby wyschła i się wyśmierdziała.

Kupiłem sobie za 128 koron butelkę Martella, bo słyszalem, że jest dobry na serce.

Wypiłem jeden kieliszek i muszę przyznać, że to straszne świństwo. Zostawię dla zmiennika.

I pomyśłeć, że przyjechałem do Danii cztery lata temu przywożąc puste kieszenie i duże aspiracje. Aspiracje to połowa sukcesu. Reszta to praca, odwaga i trochę szczęścia. Myślę czasami jaki jestem. Czasami mądry, czasami głupi, czasami dobry, czasami zły.

Najdrobniejsze potknięcie przeżywam tak, że tracę apetyt na parę dni. Superman to ja nie jestem. Ale żeby coś o sobie powiedzieć trzeba mieć jakiś punkt odniesienia.

I tak człowiek, jak i cała ludzkość z całością jej zamierzeń i ambicji nie ma najmniejszego znaczenia dla wszechświata.

A moja głowa, która składa te przemądrzałe teksty zamieni się w trupią czaszkę. Może już jest czaszka gdy to czytasz?

Postraszę cie za to;UUUUUUUUUUUUUUUU!

Podobno samo umieranie jest przyjemne. Takie „wzruszenie ramion wieczności”.

Zawarty w tym jest spokój, błogość, pewność i obojętność.

Jakby ten, kto to tak ujął, tak tego nie ujął, to ja bym tak to ujął.

31 października 1990

Jestem trzeci raz na tej samej linii. Dziś poszedłem do kuchni po sól do konserwacji mordy rekina.

Ta kucharka jest cholernie sexy. Nazywa się Jette. Przyniosłem trzy piwa, dla Jette, dla ochmistrza i dla siebie. Dostałem sól i przepis na chińską potrawę, która mi bardzo smakowała.

Wróciłem do kabiny, nalałem gorącej wody do wiadra, wsypałem 2 kilo soli i wsadziłem tam szczękę. Potem to wysuszę i wyczyszczę glancpapierem. Nic innego nie przychodzi mi do głowy, nie znam się na preparowaniu preparatów.

1 listopada 1990.

Zostało jeszcze Lagos, Douala, Lome, Abidjan, Dakar, Teneryfa, Le Havre, Rotterdam i już Århus. Słucham oberków i mazurków i polonezów. Tę kasetę kupiłem od jednego Duńczyka z Maribo, gdzie mieszka chyba najwięcej Polaków.

7 listopada 1990-73 rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.

Opuściliśmy Lome i wchodzimy właśnie do Abidjanu, wyjątkowo nie na mojej wachcie.

Wczoraj poszedłem na bazar w Lome, gdzie kupilem 20 kilo owoców za 10 000 lokalnych franków. Załadowałem to wszystko do kupionej w tym celu torby i wziąłem taksówkę na statek. Niestety okazało się na bramie, że taksówek nie wpuszczają. Więc wynająłem grubego Murzyna z motorowerem. Wyglądało to bardzo śmiesznie zapewne, bo dwóch grubasów z ogromną torbą jechało na maleńkim motorowerku, który w szale rozpaczy wrzucał czasem nawet drugi bieg.

10 listopada 1990

Dziś wchodzimy do Dakaru i za 9 dni Århus. Lada moment powinien przyjść telegram gdzie jadę następnie. Czy mam znów mustrować na Fionię, czy też na co innego. Mam nawet nadziejkę być w domu na święta Bożego Narodzenia. Jest to jednak nadziejka bardzo malutka.

Ten mój wachtowy BB (Brzuch i Broda) okazuje się być bardzo fajnym facetem. Poza tym ma bardzo dobre oczy co u „udkika” (oka) jest majważniejsze.

Poprzedni mój wachtowy (też BB) był prawie ślepy. Kiedyś kazałem mu stanąć na ster, a on nie miał przy sobie okularów to musial wziąć z nawigacyjnej lupę, żeby zobaczyć cyfry na żyrokompasie.

Szczękę rekina wypieprzyłem w Lagos do wachy. Śmierdziała i nie pomogła ani sól, ani nawet proszek OMO.

Wczoraj obie nasze damy kąpały na golasa się po ciemku w basenie.

Z wypraw do miast afrykańskich mam następujące śmieci.

1.Szczęka rekina (wyrzucona)

2.Rogi bawoła

3.Korale niby z kości słoniowej (taki plastik)

4.Portfel niby z węża pastikowego

5.Torbę, co mi została po owocach

6.Ohydne okulary słoneczne (nie z węża)

12 listopada 1990

Lecą szanty, a w bulaju Santa Cruz ( co drugie miasto w krajach zdobytych kiedyś przez Hiszpanów nazywa się Santa Cruz, ale ja mam na myśli Santa Cruz de Tenerife).

Dziś stary dał mi opinię. Sam nie wiedziałem, że jestem taki dobry. To laurka, a nie opinia. Może faktycznie nie jestem najgorszy, ale mi się wydaje, że cały czas ich robię w konia. I jeszcze mi napisał, że wspaniale władam angielskim, choć wcale mi się tak nie wydaje.

Nie czytam tego więcej, bo jeszcze w to uwierzę.

No byłem w mieście i kupiłem sobie stalowy zegarek Seiko, a dla brata telefon bezkablowy.

Wracam a tu na stole telegram, że w połowie grudnia mam mustrować na Falstrię.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości