167 obserwujących
1745 notek
3839k odsłon
1416 odsłon

Kilka uwag w sprawie profesury Andrzeja Zybertowicza

Nie da się zreformować polskiego szkolnictwa wyższego hołdując zasadzie: „Panu Bogu świeczkę, a Diabłu ogarek” (Krzysztof Pasierbiewicz) Rys. Józef Wieczorek
Nie da się zreformować polskiego szkolnictwa wyższego hołdując zasadzie: „Panu Bogu świeczkę, a Diabłu ogarek” (Krzysztof Pasierbiewicz) Rys. Józef Wieczorek
Wykop Skomentuj24

Portal internetowy „Salon24 news” informuje: „Zybertowicz nie otrzyma tytułu profesora. Środowisko naukowe stanęło na wysokości zadania - poinformował prof. Tadeusz Gadacz. Andrzej Zybertowicz - doradca prezydenta Andrzeja Dudy - nie został profesorem. Wczoraj Komisja do Spraw Stopni i Tytułów Naukowych odmówiła przyznania tytułu profesora panu Andrzejowi Zybertowiczowi - przyznał prof. Gadacz. (…) Postępowanie ws. przyznania profesury socjologowi trwa od 2017 roku. Gdyby Centralna Komisja do Spraw Stopni i Tytułów Naukowych wydała pozytywną opinię, wniosek trafiłby do prezydenta. Przeciwko profesurze dla Zybertowicza zagłosowało 26 członków jury, a 11 wsparło doradcę Andrzeja Dudy - relacjonuje gazeta.pl…”.

Pozwolę sobie tedy sprawę skomentować:

W październiku 2016 opublikowałem na Salonie24 notkę pt. „KRAJ RAD” – vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/730720,kraj-rad , której fragmenty teraz przypomnę:

 „Jak podaje Wikipedia, „Kraj Rad” był to wydawany w latach 1958 - 1990 tygodnik poświęcony propagowaniu wiedzy o imperium Sowieckim i tworzeniu jego pozytywnego obrazu w Polsce. Zaś w języku propagandy PRL Krajem Rad nazywano także Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. I chociaż po „przełomowym” roku 1989 rzeczony tygodnik zlikwidowano, to od roku 2015 wolna Polska zaczyna mi coraz bardziej przypominać „Kraj Rad nowej generacji”, gdyż nowa władza dobrej zmiany bezustannie powołuje coraz to nowe rady, a to przy Prezydencie (Narodowa Rada Rozwoju), a to przy Marszałku Senatu (Polonijna Rada Konsultacyjna), a to wysypujące się jak grzyby po deszczu różnej maści rady od czegoś tam powoływane przez poszczególnych ministrów. Można by rzec, zadziwiająco obfity wysyp prawdziwków.

Skupię się tedy na wciąż postępującej zapaści nauki polskiej, a dokładniej na tym, co się stało z naszymi rodzimymi uczelniami, spośród których wiodące uniwersytety spadły do szóstej setki w rankingu szanghajskim.

Co jest przyczyną tej edukacyjnej apokalipsy? Dlaczego tak się dzieje? Jak temu zapobiec? - głowią się polscy uczeni zasiadający w różnej maści radach naukowych. Otóż moim zdaniem główną przyczyną tego stanu rzeczy jest zawstydzająco niska jakość polskiej kadry profesorskiej wybieranej przez wyrosłą z czasów komuny ober-radę, która może znacznie więcej, niż wszystkie nowe rady razem wzięte. Chodzi mi o "radę starców" noszącą szumnie brzmiącą nazwę „Centralna Komisja do Spraw Stopni i Tytułów Naukowych”, w skrócie CK, której skład od zawsze był i nadal jest wybierany w znaczącej części przez tak zwanych „profesorów resortowych”. Jak to możliwe? Już tłumaczę. Otóż ta „Centralna Komisja do Spraw Stopni i Tytułów Naukowych”, to coś w rodzaju niereformowalnego „Konwentu Jajogłowych Seniorów Resortowych”, a w rzeczywistości państwo w państwie polskiego środowiska akademickiego. Zaś korzenie CK sięgają jeszcze czasów, kiedy byliśmy pod butem sowieckim, a ówczesne CK, poza nielicznymi wyjątkami ludzi prawych i szlachetnych, - służyło metodycznemu niszczeniu nauki polskiej przez nominowanych z klucza pezetpeerowskiego pozbawionych charakteru i wyzutych z poczucia przyzwoitości „profesorów” o komuszym rodowodzie, a nie rzadko zakamuflowanych agentów służb sowiecko peerelowskich, które, co tu dużo gadać dobrze się mają do dnia dzisiejszego. A jeśli, ktoś myśli, że przez te wszystkie lata z okresem III RP włącznie, to zabetonowane gremium decydujące o wyborze, a więc jakości naszych uczelnianych kadr naukowo dydaktycznych się zreformowało, - to chciałbym go wyprowadzić z błędu i oświecić, że to decyzyjne ciało pod względem mentalnym nie zmieniło się wcale, bądź prawie.
We wspomnianych na wstępie radach powoływanych przez nową władzę dobrej zmiany trafiają się ludzie, którzy stroniąc od jałowego debatowania i bezowocnego bicia piany chcieliby coś rzeczywiście pożytecznego dla Polski zrobić. Sęk jednak w tym, że im to skutecznie uniemożliwiają tak zwane stare układy, które są wciąż nie do przejścia. A żeby nie być gołosłownym, posłużę się konkretnym przykładem. Otóż w październiku 2016 uczestniczyłem w zebraniu krakowskiego oddziału Akademickiego Klubu Obywatelskiego (AKO), które nota bene prowadził ojciec prezydenta Dudy, gdzie od jednego z członków Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP dowiedzieliśmy się z pierwszej ręki, iż wielkimi krokami zbliżają się wybory członków Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów Naukowych (CK) na nową kadencję 2017 – 2020, - lecz niestety kierownictwo sekcji naukowej przy tej radzie, mimozłożenia do CK oficjalnej prośby, za cholerę nie jest w stanie się od CK dowiedzieć, kto znajduje się na liście zgłoszonych kandydatów do profesury. Listy te są, bowiem od kilku miesięcy celowo przetrzymywana w Komisji Wyborczej w Warszawie. A to dlatego, żeby uprawnieni do głosowania profesorowie tytularni i pracownicy niższych szczebli dowiedzieli się o nazwiskach zgłoszonych kandydatów na profesorów praktycznie w ostatniej chwili, bo dopiero wtedy dostaną prawo elektronicznego dostępu do tej tajnej listy na stronie internetowej CK, kiedy nie będzie już czasu na weryfikację tych kandydatur zarówno pod względem umiejętności naukowych, jak również ich walorów moralno etycznych. Słowem komisja wyborcza CK ma za przeproszeniem w nosie prezydencką Narodową Radę Rozwoju, a do składu osobowego CK na kadencję 2017 – 2020, jak to się dzieje od czasów stalinowskich, zostaną wybrani głównie zarekomendowani wcześniej pocztą pantoflową „sami swoi”, czyli zaufani ludzie z tej samej od lat spółdzielni „jajogłowych profesorów resortowych”. Zaś wobec nietykalności i wszechmocy sitwy z CK, prezydencka Narodowa Rada Rozwoju może tej sitwie ewentualnie skoczyć na przysłowiowy pedał.
I jeszcze kilka dodatkowych uwag pod adresem nowej władzy PiS-u. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że jak sama nazwa wskazuje rada jest głównie po to, żeby radzić, a co z tego dobrze opłacanego radzenia wyniknie, to już za przeproszeniem nikogo nie obchodzi. Powiem więcej, nowo-powstałe rady zdają się nie mieć nic do gadania, - bo o wszystkim nadal decydują stare „rady resortowe”. Niedawno napisałem konstruktywnie krytyczną notkę pod tytułem „Reforma (???) Gowina” ( http://salonowcy.salon24.pl/729973,reforma-gowina ), traktującą między innymi o powstaniu kolejnej 52 osobowej „Rady Narodowego Kongresu Nauki” powołanej przez wyznawcę religii filistersko – małopolsko – jagiellońskiej dra Jarosława Gowina nie wiedzieć, czemu wybranego na ministra nauki, - nota bene partyjnego kolegę prezydenta Dudy z Unii Wolności. Gorzej. Na przewodniczącego tej rady pan minister Gowin powołał prof. Jarosława Górniaka, oczywiście z Uniwersytetu Jagiellońskiego, - uczonego, który w pierwszych słowach po nominacji powiedział, cytuję: „Nie możemy szukać ekspertów na, zewnątrz, ponieważ to  my  jesteśmy ekspertami”, co wzbudza we mnie nieodpartą obawę, że z reformy szkolnictwa wyższego wdrażanej przez zadufanych w sobie scjentystycznych świętych krów tkwiących w najświętszym przekonaniu, że tylko oni zawsze wiedzą lepiej i nie potrzebują profesjonalnych doradców, - nie wyniknie nic dobrego. Więc pytam. Czy nie za dużo tych nowych rad? Czy nie za wielu tych wszystko lepiej wiedzących uczonych? Czy ktoś sprawdzał, czy są to ludzie przydatni do pracy w tych radach? Dlaczego te rady są powoływane przez odrębne i niekomunikujące się ze sobą ciała decyzyjne? Przecież brak takiej koordynacji owych decyzyjnych gremiów naukowych musi wcześniej, czy później skutkować bałaganem i konfliktami interesów. Dlaczego różnej maści ciała naukowe nie mają się, do kogo w rządzie zwracać ze swoimi problemami, bo do tej pory nie ma pełnomocnika do spraw nauki przy urzędzie Premiera? I już ostatnia uwaga. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że te wszystkie naukowe Rady, Komitety, Asocjacje i Akademickie Kluby Obywatelskie (AKO) to jedynie powoływane dla picu ciała fasadowe służące do wygrywania własnych partykularnych interesów, by w nowej rzeczywistości zaistnieć praktycznie nic nie robiąc. Bo prawda jest taka, że jakości nauki polskiej nie da się poprawić jedynie modlitwą i pisaniem listów protestacyjnych, które na nic wpływu nie mają. Bo w ślad za modlitwą i listami otwartymi musi iść jeszcze mozolna i rzetelna praca u podstaw, a te organizacje zbierają się nader rzadko, albo wcale, jak krakowski oddział Akademickiego Klubu Akademickiego, który współtworzyłem, a teraz ów klub nominalnie jest, lecz faktycznie istnieje tylko na popierze, bo w rzeczywistości nie działają . I coraz mi trudniej oprzeć się wrażeniu, iż rzeczywiste problemy nauki polskiej obchodzą te gremia mniej lub więcej tyle, co niegdysiejsze śniegi…
”, - tyle przypomnienia.

Wykop Skomentuj24
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo