sartoriusz sartoriusz
39
BLOG

Stracona szansa

sartoriusz sartoriusz Polityka Obserwuj notkę 1

To zdarzyło się jutro, 26 lat temu.
Był wtorek godz. ciemna, bo jeszcze nie było tylu neonów, co za dwadzieścia parę lat, jak dobrze poszło, a samochody jeździły oszczędniej.
Tylko niebieskich nysek było sporo i rzucały się w oczy, mimo, że najczęściej stały bez świateł. Może, dlatego, że w miejscach niedozwolonego parkowania?Szedłem sobie spokojnie i z pewną ostentacją, bo wkurwienie przeszło mi już wczoraj, kiedy, wpadłszy do pracy, krzyczałem, gdzie są ci, co chcieli strajkować, bo niedawno w głosowaniu wszyscy z mojego zakładu chcieli strajkować, jeżeli rząd coś tam podejmie.
Uspokoił mnie kolega szef zakładowej Solidarności, który, za niedługi czas, założy w zakładzie nowe, niezależne związki zawodowe i zrzeszy je w OPZZ, dopóki Wałęsa nie wygra na gadane z Miodowiczem.
To wszystko było jednak już za mną, choć wiele z tego, jeszcze przede mną. Jutro sobie szedłem o ciemnej godzinie, ostentacyjnie, ulicą Janka Nowickiego, który kiedyś został zastrzelony, bo podobno rzucał kamieniami w granatowych policjantów i tak, po śmierci, został komunistą, a może był nim wcześniej, choć podobno głównie, to był chuliganem, co mi było zdecydowanie obojętne, gdy szedłem ulicą jego imienia, już niewkurwiony, tylko nieco zmartwiony, bo mój jednoroczny synek mi chorował, za co w duchu winiłem tych gnojków z niebieskich nysek, którzy podejrzliwie na mnie spoglądali, mimo, że do milicyjnej godziny czas był jeszcze.
Niesłusznie tak o nich myślałem, bo za dwa tygodnie, tacy właśnie, z jednej nyski, uratują życie mojego synka, gdy, pomimo osobistego stawienia się w pogotowiu, nie będę mógł się doprosić o karetkę.
A mój 14-to miesięczny synek siniał, a żona traciła zmysły.
Kiedy zostanę zatrzymany przez niebieskiego typa, bo się będę zataczał z bezsilności i trwogi, ten, nim mi pałą przyleje (a nie przyleje), zapyta, czemu się chwieję i nim skończę mówić, już ze swojego radiotelefonu, czy czego tam, wezwie karetkę i nim dojdę do domu, mój synek już dostanie zastrzyk ratujący mu życie?.
- W ostatniej chwili! - Jak powie miła pani doktor, a ja powiem tylko - O kurwa!
Bo już wtedy miałem mały zasób słów w repertuarze.
To będzie za jakiś czas, choć dziś pamiętam, jakby to było wczoraj i wciąż czuję tę straszliwą pustkę bezsilności i ten dreszcz przerażenia, a przecież ja się nikogo nie bałem i miałem ich w dupie, jak te liście, co masłem na dół spadają, czy spadać będą. Nie wiem, bo wszystko się miesza, a piosenki wpadają do ucha i, albo wypadają drugim, albo mielą się gdzieś w mózgu i odzywają bez potrzeby, lub z nią, lecz zawsze nieoczekiwanie.
Dlatego, jutro, idę sobie ostentacyjnie, chociaż wcale niebeztrosko i pogardliwie zaglądam w oczy mijanym niebieskim nyskom, z przekonaniem, że oni w nich, te gnojki, widzą moja pogardę, chociaż jest ciemno, jak oko wykol, bo neony, to dopiero, jak dobrze pójdzie...
Wtedy, gdy mój ostentacyjny marsz po ulicy Janka Nowickiego - tego łobuza - już się kończy, bo przechodzę na światłach, które wcale się nie świecą, bo, dla kogo, skoro prawie nic nie jeździ, prócz tych niebieskich nysek, a one i tak jeżdżą niezależnie, jakie światło się pali, zatrzymuje mnie trzech takich, co gdyby ze mną było jeszcze dwóch takich, jak ja, to by spierdolili i pytają mnie gdzie idę, a ja zamiast semantycznie się odnieść, to mówię, że idę ulicą i czy już mi nie wolno?
A wówczas, jeden niebieski z paskiem pod brodą (że mu, też, w uszy nie zimno, myślę, sam nie mając nawet paska, nie mówiąc o czapce) mówi, żebym się nie wymądrzał, bo nie jest lekko, a ja mówię, że współczuję, ale to nie moja broszka, więc cześć!
A on, że mam mu pokazać dokumenty i powiedzieć jak się nazywam.
Wtedy mówię, że nazywam się Jan Kowalski i co z tego?
- Tu inaczej stoi. - On mówi, a ja się dziwię, że tam, co stoi, skoro pisze, jak wół i mu to mówię, a on, że da mi w mordę, ale mam odpowiedzieć.
- Bo to nie moje dokumenty! - Mówię i robię się hardy w środku, bo już czuję, że za dwadzieścia parę lat, jak dobrze pójdzie, będę bohaterem i kombatantem w jednym, a jak mnie zabiją to i herosem, i tylko trochę się nagle martwię, że mój synek dowie się o mnie jedynie z czytanek, a przecież, już tak ładnie zaczynaliśmy się ze sobą dogadywać, bo on już wie, że niebieska nyska, to eo, eo, a łabędź, to gę, gę.
- Skąd masz te dokumenty?! - Surowo pyta ten niebieski i staje nieco szerzej na nogach, co ja też robię, a jemu odpowiadam.
- Ukradłem! - I zaciskam pięści, sposobiąc się do walki o ojczyznę chyba, ale tak naprawdę, to nie wiem, o co i po co.
Niebieski robi jakiś ruch, ale w tym momencie odzywa się drugi, w moro, ale też milicjant i mówi do tego z paskiem pod brodą, co mu nie zimno.
- Zostaw go! Widzisz, że to złodziej, a nie żaden polityczny, czy dywersant.
I bierze tamtego za rękaw, oddaje mi papiery, a trzeci, co był chyba spóźnionym rezerwistą salutuje mi do uszanki i wszyscy odchodzą.

A z nimi moje bohaterstwo, w dupę je mać!

sartoriusz
O mnie sartoriusz

Jestem ja i obok jeszcze paru

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka