Moi rodzice nie lubili Żydów.
Nie, żeby nienawidzili, ale nie lubili. Od dzieciństwa mnie to intrygowało. Szczególnie od chwili, gdy jako uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej, razem z innymi, karnie trzymając się za ręce, powędrowałem do remizy na film.
Byli to „Krzyżacy" Forda i nie bardzo, co z filmu zrozumiałem, bo nie pasował mi do książki, którą już wtedy znałem, ale nie o ten film chodzi.
Jako dodatek, wyświetlany był film dokumentalny o powstaniu w warszawskim getcie. Niewiele z niego pamiętam, prócz kilku postaci wychudzonych brodaczy i później długo snujące się po ekranie kłęby gęstego, czarnego dymu.
Tyle pojąłem, że owi sympatyczni brodacze spalili się w tych kłębach i czasem mam sny takie.
Z fonią: „ O, Żydki się palą! „ -
Nie dam głowy, że rozległ się śmiech, ale mam takie przeczucie, że się rozległ.
Wróćmy do rodziców.
Nie wiem, dlaczego nie wspomniałem jakoś dotąd, że nie lubili Żydów. Przecież w naszym kraju, to żaden wstyd Żydów nie lubić.
Każdy mały sklepikarz, nieco wyżej wyceniający swój asortyment, to „żyd" lub „żydek". W Bytomiu, na moim osiedlu „żydek" miał warzywniak - mały blaszany kiosk.
Nie zauważałem różnicy w cenach, między jego towarem, a np. na bazarze, ale na pewno była w tym kiosku najmilsza i najżyczliwsza obsługa w postaciach żony i córki właściciela, a następnie jego zięcia. Żadne nie miało niearyjskich rysów.
Podobno, dlatego byli tacy mili, bo uśmiechali się fałszywie, jak to wszystkie Żydki.
Bo mi tłumaczono, że Żyd, kiedy oszukuje, to się uśmiecha.
Dowodów na, choćby jedno, oszustwo nie przedstawiono.
W mojej wiosce też jest „żyd" - sklepikarz. Kości, które kupuję u niego dla moich piesków są najobfitsze w mięsne pozostałości (gulasz - palce lizać!) i kosztują mniej, niż gdzie indziej.
Nie kupuję u niego napojów, bo ma drogie (żyd jeden!), a resztę ma na poziomie innych (wędliny tańsze, choć nie we wszystkich asortymentach).
Jest zresztą moim kolegą z pradawnej pracy i zawsze okazuje mi, żenujący mnie, szacunek, bo przy ludziach głupio jakoś.
Fakt nieźle nam się pracowało, chociaż każdy z nas robił, co innego, ale czasem zdarzyło się wypić wspólnie parę głębszych. Mordę ma raczej bawarską niż judejską.
Na usprawiedliwienie powiem, że nigdy nic dla niego nie zrobiłem i on dla mnie też nic.
Co zarobił, to zainwestował, jak mówi: wiano żony pomogło i teraz się dorabia, z czym się nie kryje.
No czysty żyd!
I znowu o rodzicach.
Po owym filmie, zadręczałem ich pytaniami, co takiego złego robili Ci Żydzi przed wojną, a może i po niej, że lubić się ich nie da?
Usłyszałem o kamienicach, że ich były, ale nie był to dostateczny powód do nielubienia, bo mój dziadek od Mamy też miał dwie kamienice w Warszawie przed wojną, a ojce Ojca, to wieś w ogóle mieli, gdzieś, z przydatkami, więc nie w tym wina Żydów.
W ostateczności, z wielu opowieści, wysnułem wniosek, że najbardziej Żydzi, moim rodzicom, zawinili tym, że żydowscy sklepikarze sprzedawali biedocie na kredyt i czasem przypominali o konieczności uiszczenia zaległej zapłaty.
Moi rodzice nigdy u Żydów nie kupowali, bo nie musieli, ale...
I wciąż było jakieś „ale".
To dzisiaj sobie tak myślę i myślę, że wcale niemało tych Żydów na tej naszej wsi i wszędzie.
Bo, co sklep, to zeszyt pełen zapisków. I czasem sklepikarze pytają:, kiedy wreszcie będą pieniążki?
No Żydy!
335
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (11)