0 obserwujących
328 notek
300k odsłon
  278   0

Recyklerzy w natarciu - felieton Jadwigi Chmielowskiej

Trudno stwierdzić, co jest przyczyną tzw. owczego pędu w dziennikarstwie. Myślałam dotąd, że przede wszystkim chodzi tylko o ułatwianie sobie pracy. Każdy ma w końcu „kajecik” z numerami telefonów do ekspertów. Są sprawdzeni na „wizji czy fonii”, komentują dla prasy ważne wydarzenie, zawsze chętni do współpracy - jednym słowem stanowią skarb dla każdego zagonionego dziennikarza. Nie ważne, że wszyscy korzystają z tych samych „mędrców” pochodzących z tego samego „salonu”. Brakuje czasu, by przedstawiać różne punkty widzenia tej samej sprawy.  Wysokość honorariów sprawia, że idzie się na ilość, a nie na jakość, więc nikt nie ma czasu i ochoty na eksperymenty.

Znajomy dziennikarz radiowy powiedział wprost:  - Od jakiegoś czasu nie odczuwam żadnej satysfakcji z pracy. Tracę „radość tworzenia”.

Dziennikarz przestaje być twórcą, staje się rzemieślnikiem wykonującym pracę na zlecenie. W niesławnym projekcie ustawy medialnej był nawet zapis o usługach medialnych…

W wielu redakcjach dzień zaczyna się od przeglądu prasy. Co piszą inni, czyli czym się należy obowiązkowo zająć. Jest przysłowiowa Madzia z Sosnowca i mamy serial we wszystkich mediach. Niektórzy podejrzewają nawet, że jakieś wytyczne przychodzą jak za dawnych niedobrych czasów...

Obawiam się niestety, że żadna redakcja nie chce się nadmiernie „wychylić” w żadną stronę. Więc jeden od drugiego przepisuje w zasadzie te same komentarze i … tyle. Wtedy wszystko idzie szybciej, sprawniej, bez wysiłku a wierszówka na konto przecież wpływa. I wtedy nikt niczym nie podpadnie…

Wszędzie w redakcjach liczą się oszczędności i nie ma czasu na zgłębianie tematu, dochodzenie istoty rzeczy, czy wreszcie szukanie własnych tematów …  „Sieczka dziennikarska” króluje i panoszy się coraz bardziej. Na ambitne produkcje nie ma pieniędzy. Sama pamiętam, jak pracowałam za 100 zł robiąc półgodzinny program telewizyjny o historii Śląska na antenę TVP O/Katowice. Szukałam żyjących jeszcze świadków wydarzeń, robiłam  w zasadzie notacje - tylko cześć nagranych wspomnień wykorzystywałam w programie.

Pracowałam więc za symboliczne pieniądze, by zachować materiały źródłowe dla przyszłych pokoleń. A po to, by przeżyć, trzaskałam na akord wysokopłatne programy „dla Warszawy”.  Redakcja rolna i wojskowa były moimi ulubionymi. Nie pozwoliłam sobie jednak nigdy na chałturę. By podwyższyć swoje kwalifikacje skończyłam Wyższy Kurs Obrony na Akademii Obrony Narodowej i korzystałam z konsultacji Wojewódzkiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego. Zasada, którą stosuję, jest prosta – nigdy nie zajmuj się rzeczami, na których się nie znasz. 

Prezes SDP Krzysztof Skowroński ma rację, gdy w wywiadzie dla „Uważam Rze” mówi wprost: „Dziennikarze przestają poszukiwać źródeł, nie mają ani czasu, ani pieniędzy, żeby pojechać i sprawdzić, jak jest, by porozmawiać z ludźmi, dowiedzieć się prawdy u źródeł, lecz zajmują się recyklingiem.” 

Z moich obserwacji wynika, że  niektórzy dziennikarze zajmują się czymś jeszcze gorszym niż „małpowanie” kolegów. Uwielbiają wręcz grzebać w odpadach. Część z nich, chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że niekiedy nurkują w szambie. Zamówienie, moda, bycie na topie lub przynajmniej w stadzie  - „na salonie”, są dla nich tak ważne, że tracą powonienie. Etyka dziennikarska zostaje zepchnięta gdzieś głęboko, w podświadomość. To są prawdziwi recyklerzy.

Trudno mi podejrzewać, że istnieją jakieś wytyczne - na co i na kogo pluć można bezkarnie, a kto podlega szczególnej ochronie.

Niestety, dla wielu dziennikarzy świat kończy się na Warszawie, a właściwie jej centrum. Żerują pod Sejmem, by relacjonować, który polityk coś głupiego powiedział. Naparzanki bez znaczenia, dyskusje o żakiecikach pań posłanek, ploteczki, ploteczki … Odnieść można wrażenie, że piszą jedynie o tym, co są sami w stanie zrozumieć! A społeczeństwo traktują przy tym z góry i usiłują je pouczać na zasadzie: „ciemny ludek to kupi”. Okazuje się, ze społeczeństwo jest o wiele mądrzejsze od samozwańczych elit. Nie chodzi na wybory, bo nie wierzy w zmiany i nie wie też, na kogo głosować. Nie płaci abonamentu -  bo i na co… na kolejny głupawy program?

Jakoś brakuje w mediach debaty publicznej o stanie państwa, o zwiększającym się zadłużeniu, o galopującym długu publicznym, przed którym ostrzegają ekonomiści. Dlaczego media nie grzmią na alarm w sprawie  kondycji finansowej samorządów?! Czy ktoś napisał o sytuacji szkół wiejskich, które, aby mieć pieniądze na funkcjonowanie stają się szkołami dla mniejszości narodowych?

Dlaczego nie widzimy na pierwszych stronach gazet i w głównych serwisach informacji np. o tym, że Polska zobowiązała się przeznaczać na naukę i edukację 6 proc. PKB. Teraz w raportach podaje się jedynie, że poziom wydatków na jednego ucznia jest ten sam. Nikt nie zająknął się nawet, że w takim razie rzeczywiste nakłady spadają, bo mniej jest uczniów. W rezultacie inwestycje w kapitał ludzki są mniejsze.

Czy któryś ze znanych publicystów „warszawskiego salonu” podjął tematykę likwidacji polskiego przemysłu i biedy, przeraźliwej biedy w osiedlach przyfabrycznych?

Minęło kilkanaście lat i nikt w mediach ogólnopolskich nie interesował się dezintegracją państwa polskiego. Ruch Autonomii Śląska mógł swobodnie działać i się rozwijać. Mało tego zdobywał zwolenników na zasadzie – patrzcie Polska się Śląskiem nie interesuje, kiedy będziemy uznani za mniejszość narodową – to dostaniemy dodatkowe pieniądze.

Recykling informacji, mód i poglądów w redakcjach trwa!

Jadiwga Chmielowska

17 sierpnia, 2012 roku

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale