0 obserwujących
329 notek
297k odsłon
1417 odsłon

Watergate a trotyl - felieton Marka Palczewskiego

Wykop Skomentuj43

Dawno temu w Ameryce a niedawno w Polsce

 

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej

11 czerwca 1971 roku wydawca „New York Times”, Artur Ochs „Punch” Sulzberger podejmuje decyzję o drukowaniu Pentagon Papers (tajny report dotyczący operacji wojennych USA w Indochinach – red.) i wyjeżdża na urlop.

 

28 września 1972 roku prokurator generalny USA John Mitchell w rozmowie z Carlem Bernsteinem mówi, w noc poprzedzającą publikację ważnego tekstu o aferze Watergate „Mitchell Controlled Secret GOP Fund”, że w razie publikacji tego tekstu wsadzi do wyżymaczki cycki Katharine Graham, właścicielki i wydawcy „Washington Post” (tekst oryginalny:„Katie Graham's gonna get her tit caught in a big fat wringer if that's published."). Artykuł ujawniał, że Mitchell zarządzał tajnym funduszem Komitetu Reelekcji Prezydenta Nixona, z którego byli opłacani m.in. włamywacze do kompleksu hotelowego Watergate. Kilka lat później Bernstein podkreślał, że ze strony Katharine Graham on i Bob Woodward mieli mocne wsparcie w czasie publikowania artykułów o aferze Watergate, i że ona – w razie potrzeby – gotowa była iść za nich do więzienia. Dodał ze smutkiem, że dziś już takich wydawców nie ma…

Tożsamość głównego anonimowego źródła w aferze Watergate znali tylko Woodward i Bernstein. Nie znali jej ani Katharine Graham, ani Ben Bradlee, redaktor naczelny gazety. Wiedział on tylko, że Deep Throat („Głębokie gardło” – tak nazwany został ów anonimowy informator; w 2005 roku sam się zdekonspirował i okazało się, że był nim Mark Felt, w latach 1972-1974 wicedyrektor FBI) jest wysokim funkcjonariuszem departamentu sprawiedliwości. I to wystarczyło, bo miał zaufanie do swoich reporterów. Właściciele pisma nie domagali się ujawnienia źródeł, bo „Oni ufali nam” – powiedział Bradlee dla „Washington Post” w 2005 roku.

W filmie „Wszyscy ludzie prezydenta” („All the President’s Men”) jest taka rozmowa pomiędzy Benem Bradlee a Bobem Woodwardem:

B.B.: Co możesz mi powiedzieć o Deep Throat?

B.W.: Co chcesz wiedzieć?

B.B.: Ufasz mu?

B.W.: Tak.

B.B. Nie mogę wszystkiego sprawdzać, więc muszę ufać swoim reporterem.

 

 

Polska

30 października 2012, godz. 1.30. Grzegorz Hajdarowicz, właściciel „Presspubliki” spotyka się z rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem i informuje go o artykule „Trotyl we wraku Tupolewa”, który ukaże się za kilkadziesiąt minut na stronach internetowych gazety, a za kilka godzin w papierowej wersji „Rzeczpospolitej”.

Poprzedniego dnia przed publikacją redaktor naczelny „Rz” spotkał się z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem.

Cezary Gmyz, autor artykułu „Trotyl na wraku tupolewa” napisał, że śledczy na wraku samolotu Tu-154M w Smoleńsku znaleźli ślady trotylu i nitrogliceryny. Prokuratura wojskowa podczas konferencji prasowej tego samego dnia zdementowała te informacje: zaprzeczyła, że są takie ustalenia - wskazała, że znalezione ślady mogą oznaczać obecność substancji wysokoenergetycznych. Dopiero badania laboratoryjne będą mogły być podstawą do twierdzenia o istnieniu bądź nieistnieniu śladów materiałów wybuchowych - podkreśliła prokuratura.

Kilka godzin później gazeta wydała oświadczenie, w którym przyznała się, że pomyliła się pisząc o trotylu i nitroglicerynie. Zauważyła jednocześnie, że nie można wykluczyć obecności materiałów wybuchowych na pokładzie z uwagi na obecność wysokoenergetycznych zjonizowanych składników. Cezary Gmyz utrzymuje, że jego tekst jest rzetelnie udokumentowany i odrzuca krytykę.

Wieczorem z oświadczenia dziennika bez wyjaśnienia zniknęło sformułowanie: „Pomyliliśmy się". Jednocześnie naczelny „Rzeczpospolitej" Tomasz Wróblewski wydał wideo-oświadczenie, że w tekście „Trotyl na wraku tupolewa" nie chodziło o trotyl, lecz o przedłużające się śledztwo.

2 listopada w „Rz” ukazało się oświadczenie: „Przestrzegając najwyższych standardów etyki dziennikarskiej, rada nadzorcza i właściciel wydawnictwa Presspublica Grzegorz Hajdarowicz rozpoczęli postępowanie wyjaśniające w sprawie opublikowania w należącym do wydawnictwa dzienniku >>Rzeczpospolita<< artykułu >>Trotyl we wraku tupolewa<<.”

5 listopada 2012 właściciel „Rzeczpospolitej” wydaje oświadczenie:

„Tekst „Trotyl na wraku tupolewa" nie powinien się w takiej formie ukazać w „Rz". Z przeprowadzonego przeze mnie i Radę Nadzorczą postępowania wyjaśniającego wynika, że nie był on w ogóle udokumentowany. Informacje uzyskane przez dziennikarzy o cząstkach wysokoenergetycznych powinny być przekazane rzetelnie, bez nadinterpretacji i uprzedzania wyników badań oraz analiz. Ogromnym nadużyciem był też sam tytuł artykułu.[…]

Za błędne decyzje trzeba ponosić konsekwencje, stąd dymisje i zwolnienia dyscyplinarne w redakcji. Od dzisiaj tak będzie zawsze […].”

W równoległym oświadczeniu „Rada Nadzorcza oraz właściciel wydawnictwa (Presspublika – red.) Grzegorz Hajdarowicz po przeprowadzonym postępowaniu uznaje, że dziennikarze związani z publikacją nie mieli podstaw do stwierdzenia, że na wraku tupolewa znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Tekst uznajemy za nierzetelny i nienależycie udokumentowany. Redaktor Cezary Gmyz, mimo zapewnień, nie przedstawił żadnych oświadczeń, stwierdzając, że informatorzy odmówili złożenia dokumentów”.

Wykop Skomentuj43
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale