Tadeusz Hatalski
Navigare necesse est ….
41 obserwujących
399 notek
594k odsłony
555 odsłon

Wigilia w Hanstholm*

Wykop Skomentuj18

Patrzyłem dzisiaj, noworocznym porankiem przez okno.  Gałęzie świerka kalifornijskiego, którego sąsiad posadził kilka lat temu, a który wybujał już na duże drzewo, poruszały się na wietrze. Przez całe dorosłe życie martwiłem się o pogodę. Po skończeniu szkoły morskiej i pracując na morzu, żeby nie wiało. Bo na morzu, inaczej niż na lądzie, jak wieje to robi różnicę. I to dużą różnicę. Czasami różnicę, w której chodzi o życie.

I patrząc jak gałęzie świerka chwieją się na wietrze, pomyślałem sobie, że znowu wieje. A w pamięci wrócił  inny obraz …

To było wiele lat temu. I niestety kolejne Święta Bożego Narodzenia na statku. Jak trafią się w porcie to jeszcze ujdzie. Porty w święta przeważnie nie pracują, więc można jakoś przeżyć. Jeżeli nie świątecznie, tak jak to jest w domu, to przynajmniej prawie świątecznie. Natomiast jak trafią się w morzu to jest gorzej. Nie ma szansy na spokojną Wigilię ani świąteczny obiad. Statek płynie, toteż praca i wachty muszą iść swoim rutynowym trybem. Ale paradoksalnie jest też łatwiej. Z morza nie widać świątecznej atmosfery na lądzie. A codzienny rytm pracy i obowiązków tłumi świąteczną atmosferę. Więc skutek jest taki, że Święta mijają … jakoś tak niezauważenie. I w sumie człowiek znosi to łatwiej.

Natomiast będąc na Święta na statku najgorzej jest z Wigilią. Wigilia to święto, które jest tylko u nas w Polsce. Natomiast wszędzie na świecie i w Europie, ten dzień jest zwykłym dniem pracy. I zdarza się tak, że załadunek kończy się po południu i portowcy kończąc pracę idą do domu szykować Święta. A statek i marynarze na nim, płyną w morze, ‘czy to deszcz, błoto czy też słoneczna spiekota’. Innymi słowy, czy pogoda spokojna czy też sztormowa.  

I tak było też, tym razem.  Oczywiście nie było słonecznej spiekoty. A wręcz odwrotnie, jak to w grudniu było zimno. I do tego mocno wiało … Na wyjście z poprzedniego portu otrzymałem od armatora instrukcje na kolejną podróż. Następny port załadunkowy Hanstholm, ładunek kruszywo do Dublina w Irlandii.

Hanstholm, to mały port, który leży na północno-zachodnim cyplu półwyspu Jutlandzkiego. Przy wiatrach północno-zachodnich jest zupełnie odsłonięty i sztormowa fala wchodzi do awanportu. I tak było też tym razem. Na podejściu do portu otrzymałem informację, że ze względu na warunki pogodowe, pilot portowy może wejść na statek tylko wewnątrz portu. I padło następne pytanie. Czy w tej sytuacji decyduję się na wejście do portu? Alternatywą było sztormowanie przez kilka dni na pełnym morzu w oczekiwaniu na poprawę pogody. Sztormowanie statkiem pod balastem na Morzu Północnym, gdy wieje 8 – 9* w skali Beauforta przyjemnością nie jest. Kto był na morzu ten wie. Toteż, tak prawdę mówiąc alternatywy nie było. Potwierdziłem więc, że wchodzimy do portu.

Wszystko szczęśliwie się udało. Minęliśmy główki i ostrobloki (na których lata temu w podobnych warunkach rozbił się polski trawler) i pilot bezpiecznie wszedł na statek. I manewrując już z jego pomocą i za jego radą, szczęśliwie zacumowaliśmy przy nabrzeżu załadunkowym. Tak, ale bezpieczne zacumowanie to jedno. Natomiast bezpieczny postój to drugie. Jak już wspomniałem na początku port w Hanstholm to mały port i bez żadnej naturalnej osłony przed północno-zachodnim wiatrem i falą. Wewnątrz portu wiatr nie był zagrożeniem, natomiast co innego było z falą. Mimo falochronów, martwa fala wchodziła do portu. W efekcie statkiem przy kei rzucało w górę i w dół. A także do przodu i do tyłu oraz na boki. W efekcie cumy statku trzaskały jak zapałki. Toteż załoga musiała wymieniać je na nowe. Inaczej statek zacząłby hulać po porcie. I siać zniszczenie, zanim sam by temu zniszczeniu uległ. Ale zapas nowych cum na statku jest ograniczony. Toteż wkrótce ich zabrakło. Wtedy pozostało jedyne wyjście. Wiązać te pourywane i zakładać je z powrotem.

W międzyczasie trwał załadunek. Taśmociągi pracowały na okrągło i ładownie statku napełniały się kruszywem przeznaczonym na budowę dróg w Irlandii. I tak dobrnęliśmy do szczęśliwego końca. Z wiązaniem cum, aby utrzymać przy nabrzeżu tańczący na martwej fali statek. I załadunkiem statku.

To było akurat w czasie, gdy w Polsce rodzice wyglądają przez okno i mówią dzieciom, że widać już pierwszą gwiazdkę. I że czas już siadać do stołu, do kolacji wigilijnej. W czasie, której, św. Mikołaj niepostrzeżenie zostawia prezenty pod choinką. Które to prezenty, dzieci po kolacji pod choinką znajdują.

My w tym czasie, rzucaliśmy powiązane węzłami cumy i wychodziliśmy w morze. Oczywiście pilot nie mógł wyprowadzić statku na zewnątrz. Za falochronem była kipiel większa niż poprzedniego dnia wieczorem, gdy wchodziliśmy do portu.  Toteż zszedł ze statku jeszcze w awanporcie. Na zewnątrz wychodziliśmy już bez żadnej pomocy ze strony służb portowych. Po lewej stronie, znowu mignęły mi ostrobloki, na których ginęli kiedyś ludzie, przy podobnej pogodzie. Minęliśmy je szczęśliwie.

Po minięciu główek falochronu, będąc na pełnym morzu byliśmy (paradoksalnie) znowu bezpieczni. Oczywiście statkiem kiwało i rzucało, ale bezpośredniego zagrożenia nie było. I popłynęliśmy przed siebie, w poprzek przez Morze Północne, w kierunku Szkocji. A potem przez Pentland Firth a następnie obok przylądka Wrath (czyli przylądka Gniewu) i wzdłuż Hebrydów do Irlandii.

Dopłynęliśmy cało i szczęśliwie. Ale kolacji wigilijnej, jak już pewnie wszyscy się domyślili, tamtego roku na tamtym statku, nie było.


* W sztormową noc 10 stycznia 1975 r. w trakcie wchodzenia do portu, w duńskim porcie Hanstholm zatonął polski trawler rybacki "Brda" z gdyńskiego Dalmoru. W katastrofie zginęło 11 marynarzy rybaków.

Wykop Skomentuj18
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura