330 obserwujących
1236 notek
3813k odsłon
  1380   8

Złodzieje sedesów

Jestem dość stary, żeby pamiętać włoski film „ Złodzieje rowerów”. Co prawda nie było mnie na świecie, gdy wchodził na ekrany, a potem byłem zbyt młody, aby się takim kinem interesować. Natomiast widziałem „Złodziei rowerów” w jakimś kinie studyjnym tak dawno, że wstyd wspominać. Vittorio de Sica, reżyser tego filmu, był przedstawicielem tzw. neorealizmu włoskiego w kinie. Nurt ten skupiał się na doli ludzi bezbronnych i pozbawionych siły przebicia, co wyczytałem w Wikipedii, gdyby się ktoś pytał.

W każdym razie tytuł „Złodzieje rowerów” zawsze kojarzył mi się z Armią Czerwoną z czasów II Wojny Światowej. Albowiem Rosjanie też wtedy kradli rowery na potęgę. Z tym, że oni wówczas byli przedstawicielami neorealizmu rosyjskiego w życiu, nie w kinie. Teraz, w czasie wojny na Ukrainie, kradną między innymi sedesy. Zachowują więc ciągłość złodziejskich tradycji Armii Czerwonej i w tym sensie moje skojarzenia też zachowują ciągłość. Zatem tytuł tego mojego postu jest jednocześnie realistyczny i neorealistyczny, bo Rosjanie rowery na Ukrainie też kradną. Jedyna różnica pomiędzy podmiotami filmu i wojny na Ukrainie jest taka, że ruscy sołdaci nie są ludźmi bezbronnymi i pozbawionymi siły przebicia. Co to, to nie.

Kolejna zbieżność jest taka, że Rosjanie kradną te sedesy na Ukrainie pod tym samym pretekstem co w czasie drugiej wojny światowej, a mianowicie walki z faszyzmem, nazizmem oraz z podstępnym kapitalizmem. Z kolei o imperializmie Rosjanie teraz nie wspominają, gdyż od intronizacji Putina imperializm stał się w Rosji cnotą. Imperializmem karmi się teraz bowiem ruski naród. Poza Moskwą oraz Petersburgiem i może jeszcze kilkoma miejscami, do których uczęszczają oligarchowie, pretorianie oraz dworzanie, nie ma w Rosji normalnego życia. Dlatego imperializm zastępuje w Rosji chleb i igrzyska.

Rosjanie bowiem nie żądają od swojego cara chleba i igrzysk, gdyż ten towar w ogóle nie występuje na rynku. Nie można na ziemi oczekiwać gwiazdki z nieba. Naród żąda natomiast od cara, żeby sprawił, aby ludy postronne bały się ludu rosyjskiego. Rosyjskie żony dumne są, że mężowie gwałcą Ukrainki, nie łapiąc jakiejś francy; szczęśliwe, gdy mąż przyśle łup w postaci nowego sedesu; czerpią imperialną satysfakcję z faktu, że mężowi udało się zastrzelić ukraińskiego dzieciaka na ulicy. Ruski Mir zastępuje im rzymską cywilizację.

Wszyscy pamiętamy słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdy sprzeciwił się pochodowi komunizmu w Polsce, wyrażając wolę narodu: „Gdy Cezar siada na ołtarzu mówimy krótko: nie wolno!”. Otóż car Putin usiadł na ołtarzu z całą swoją kagiebowską pychą, a naród rosyjski nie powiedział : Non possumus!  Wręcz przeciwnie, naród rosyjski zachwycił się potęgą swojego cara i wspiera jego ludobójcze aspiracje. Zaproponowane przez cara ostateczne rozwiązanie kwestii ukraińskiej spotkało się w rosyjskim społeczeństwie z uznaniem jako sposób na pokonanie faszyzmu, który przecież ostateczne rozwiązanie niejako wynalazł. I to nie jest społeczny paradoks, to jest w przypadku Rosji raczej narodowy paradygmat.

W tym ponurym kontekście zapaliło mi się jednak światełko w tunelu. Mianowicie nigdzie nie spotkałem się w kontekście Armii Czerwonej, żeby sowieccy bojcy w czasie wojny ojczyźnianej z faszystowską bestią uganiali się za sedesami. Zatem, jakby na to nie patrzeć, to jest jakiś kulturowy progres, że oni teraz kradną te sedesy...

Lubię to! Skomentuj59 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka