Smrodek niedorzecznego orzeczenia sądu nad Wydawnictwem „Arcana” unosi się jeszcze w powietrzu. W piątek Sąd Okręgowy w Krakowie, wyrokujący z powództwa córki Lecha Wałęsy, nakazał pozwanemu wydawnictwu przeprosić na łamach „GW” (swoją drogą - niebywała perfidia skarżącej) swojego ojca za nazwanie go tajnych współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa w latach 1970 – 76 i zapłacić 5 tys. na rzecz sprawnych inaczej. „Informacje te (…) są nieprawdziwe i muszą zostać usunięte z kolejnych wydań książki” – stwierdził w piątek krakowski sąd.
W związku z tym kuriozalnym, absurdalnym, paranoicznym, łamiącym reguły zdrowego rozsądku (etc.) wyrokiem sądu, rodzi się w mojej głowie kilka pytań.
Po pierwsze, jakież to dobro osobiste naruszyło Wydawnictwo „Arcana”, wydając (podkreślmy to słowo: WYDAJĄC) książkę krakowskiego historyka? I po drugie, czyje dobro? Bo jeśli chodzi o naruszenie czci samego Lecha Wałęsy, to za przeproszeniem, córka b. prezydenta nie posiadała legitymacji procesowej czynnej do występowania z takim powództwem. Prawo to bowiem, z natury swej niemajątkowe i niedziedziczne jest również prawem niezbywalnym. Jeśli nawet nadać mu przymiot przechodniości (co jest w samej doktrynie prawa kwestią niejednoznaczną), to córka Lecha Wałęsy uprawnienie do wytoczenia takiegoż powództwa miałaby dopiero po śmierci swojego ojca (sic!)! Czemuż zatem sąd rżnął głupa?
Jeśli z kolei przyjąć, że naruszone zostało dobro córki Lecha Wałęsy, to wypadało je dookreślić i punkt po punkcie wykazywać, że autor biografii b. prezydenta w którymś miejscu napisał o nim nieprawdę. Tyle tylko, że przyjmując za punkt wyjścia takie rozumowanie, dojdziemy do ściany. Przy takiej piramidzie umysłowej bowiem każdy będzie uprawniony do tworzenia sobie podmiotowych uprawnień, w postaci „szczególnej więzi łączącej go z b. prezydentem” i na tej podstawie dorabiać sądowym odszkodowaniem do skromnego 1200 zł brutto miesięcznej pensji.
Po drugie, na jakiej podstawie sąd uznał, że informacje przytoczone przez Pawła Zyzaka, odnoszące się do lat ewidencjonowanej współpracy Wałęsy z SB, są nieprawdziwe? Czy sąd podważył autentyczność któregoś z dokumentów rejestracyjnych, do których odwołuje się autor? Przypomnijmy, zachowały się: maszynopisy pięciu donosów, kopia karty ewidencyjnej E-14, odpis z dziennika rejestracyjnego oraz pomniejsze dokumenty. Widzimisię niedouczonych, zamkniętych w kodeksach sędziów?
Po trzecie, czy orzekając o usunięciu faktu współpracy z kolejnych wydań książki, sędzia Ewa Olszowska nie złamała czasami konstytucyjnej zasady zakazu stosowania cenzury (prewencyjnej i represyjnej) i niebezpiecznie wprawiła nas w odium standardów białoruskich? Czy dopuszczalność swobody badań naukowych oraz wolności wypowiedzi i formułowania opinii nie są czasami wartościami ważniejszymi z punktu widzenia demokratycznego państwa prawa? I czy czasami Lech Wałęsa nie jest już traktowany przez polskie państwo jak Złoty Cielec, będący Najrówniejszym z Równych?
Po czwarte, warto byłoby nadmienić, że naprawdę paskudnego złamania prawa dopuścił się w tym akurat przypadku pełnomocnik córki b. prezydenta Mec. Rydgier, rejestrując na korytarzu swojej kancelarii spółkę kapitałową pn. „Wydawnictwo Arcana” Sp. z o.o. W tym wypadku mamy do czynienia z ostrym naruszeniem prawa firmowego (złamanie art. 5 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji oraz art. 433§1 kodeksu cywilnego) oraz próbą (na szczęście lichą) wymuszenia odszkodowania przez mec. Rydgiera, (powołującego się na rzekome naruszenie dobra osobistego jego spółki). Jak dla mnie sprawa kwalifikuje się pod dyscyplinarkę w okręgowej radzie adwokackiej. Niemniej jednak, po sitwie prawniczej za wiele się nie spodziewam.
A tezę o cichej formie cenzury stawiam nieprzypadkowo, gdyż wyrok krakowskiego sądu zbiegł się w czasie z przegłosowaniem przez Sejm ustawy uzależniającej IPN od szefa rządu, z elastyczną możliwością jego odwoływania (czym premier Tusk zrobił ukłon w stronę zagrożonych lustracją środowisk: akademickich, byłych opozycyjnych i innych). Od wejścia w życie ustawy będzie można pisać już tylko o domniemanej współpracy agenturalnej Zawiszy Czarnego z husytami, bądź topieniu w Wiśle przez Kazimierza Wielkiego spowiedników swoich kochanek.
Bywało w PRL, że zmieniano ustawy, aby pakować do ciupy pojedynczych dysydentów. Teraz Platforma Obywatelska rekonstruuje ustrój Instytutu, tylko dlatego, że znalazło się w nim kilku niesubordynowanych historyków, mających odwagę w sposób rzetelny i niepodważony dotychczas przez żadnego innego faktografa opisywać całą prawdę o najnowszej historii Polski i jej głównych aktorach, bez wybieleń i przeinaczeń.
Utwierdziłem się dodatkowo w przekonaniu o stosowaniu przez organy państwa cichej cenzury, po lekturze wywiadu z twórcą nowelizacji ustawy o IPN – posłem Arkadiuszem Rybickim (oczywiście z postępowej PO), który niemalże wprost przyznaje, że ustawę trzeba było zmienić, żeby już żadne „Centkiewicze i inne Gontarczyki” (to akurat cytat z Klasyka), nie pisały o Lechu Wałęsie. Następnym etapem, zgodnie z wolą byłego Lidera Opozycji Demokratycznej, będzie mielenie „gniota” – jak na demokratyczne standardy przystało.
A nawet jeśli ktoś się odważy o niewygodnych faktach z życia wpływowych „polskich świętych” pisnąć słówko, to albo tak jak Cenckiewicz zostanie wyrzucony z pracy, albo tak jak Grzegorz Braun (autor filmu „Plusy dodatnie, plusy ujemne”) zostanie zrugany z błotem, pozwany (oczywiście z tych samych artykułów kodeksu cywilnego) o naruszenie jakiegoś tam dobra osobistego i zwolniony z pracy w lokalnej telewizji, albo jak Paweł Zyzak, zacznie wykładać… towar w Tesco.
Jak dla mnie – Tusku musisz!


Komentarze
Pokaż komentarze (11)