Ot i wsio. I co się okazało w związku z wyjaśnieniem katastrofy smoleńskiej? „Raport jest nie do przyjęcia” – stwierdził przejętym głosem pan premier.
Można się śmiać, można wyliczać, można zaganiać Tuska do narożnika i kazać karnie robić pompki za niesubordynację, naiwność i infantylizm niegodny nie tylko stanowiska prezesa Rady Ministrów, ale również polityka. Na próżno. Okazało się, że jednak – o dziwo! – Rosjanie nas wykiwali i stoi w raporcie tak, jak moskiewscy towarzysze chcieli. Ma być, że błąd pilota, jest błąd pilota - job twoja mac!
Gładkość z jaką Donald Tusk dał się wykiwać Stalinowi… przepraszam, Putinowi, przypomina mi zachowanie jednego takiego polskiego premiera, która onegdaj chciał się z Uncle Joe na rękę siłować i – jakby tu powiedzieć, nie wyszło mu. O Stanisława Mikołajczyka się rozchodzi. Naiwniactwo biło od gościa na oślep. Najpierw, w trakcie wybuchu Powstania Warszawskiego, nalegał niczym rozpieszczony berbeć, „wejdzie do Warszawy, już pora, pora”. A Stalin wejścia nie preferował. Tłumaczył, że nawet by chciał, ale nie ma łączności, oj nie ma. A przecież jako odpowiedzialny przywódca, nie może posłać czerwonoarmiejców na niemieckie tanki, bo przecież nie podobna takiej okropności się dopuścić. Poza tym, tam Niemcy, tam straszno wchodzić tak bez rozpoznania. Ale jak tylko Polacy ustanowią łączność – tzn. pozwolą lądować sowieckiemu skoczkowi w ostrzeliwanej i obleganej Warszawie, to wtedy nie ma sprawy – wejdziemy. I weszli… pół roku później, 17 stycznia 1945r.
Pamiętacie akcję pod kryptonimem „Archeolodzy”? Stalin... przepraszam, Putin, nie zgodził się na techników, na komisję badania wypadków, ani na kryminalistyków. Pozwolił jeno przyjechać archeologom (sic!). Oczywiście – nie od razu. Trzeba było tylko załatwić parę szczegółów, dosłownie wymamić kilka spraw. Ot, jeden telefon, jakiś dokument przesłany faksem i już mogą się pakować i przyjeżdżać Tupolewa zbierać. Przylecieli… po sześciu miesiącach, żeby sobie przez dwa tygodnie wyzbierać z okolic katastrofy wszystko to, co zostawili im lokalni straganiarze, a co w ich mniemaniu nie nadawało się do upchnięcia polskim pielgrzymom, tłumnie przybywającym do Smoleńska od kwietnia.
Ale to nie koniec analogii, bo i polityczna „kariera” samego Mikołajczyka nie skończyła się na nabiciu w butelkę w 1944r. W kilka miesięcy później, niepomny doświadczeń, zaufał Stalinowi i pojechał na negocjacje w sprawie utworzenia nowego, polskiego rządu (ochoczo zachęcano do tego przez samego Churchilla, który miał mu obiecać tym samym zwiększenie jego wpływów w brytyjskiej administracji oraz wzmocnienie posłuchu). Cnotę stracił i jeszcze rubla dopłacił – można powiedzieć. Wszystkie najważniejsze resorty w nowym rządzie (MBP, MON i ministerstwo propagandy) znalazły się w rękach marionetek wujka Joe, a sam Mikołajczyk – sprzedawszy na arenie międzynarodowej sprawę polską i dawszy argument „wolnemu Światu”, że przyboczni Stalina stworzyli naprawdę demokratyczny i pluralistyczny rząd (nazywany, chyba dla zwiększenia cynizmu – rządem tymczasowej jedności narodowej) – zadowolił się resortami rolnictwa, oświaty i czymś tam jeszcze (zapewne niezwykle ważnym, ze względu na oddziaływanie społeczne). Gdy zaś, zorientowawszy się, że ktoś go tu – że się tak wyraża, chce naprawdę zdrowo wydym***, zaczął stawiać Stalinowi warunki. Radziecki towarzysz musiał więc dość sprawie przypomnieć polskiemu przyjacielowi, czyje to dywizje stoją nad Wisłą, i że nie będzie z nim jakiś tam chłoptaś z Londynu rozmawiał jak równy z równym.
A jak się to dla Mikołajczyka skończyło? Przegranymi wyborami, pacyfikacją PSLu, szykanami, „tajemniczymi zaginięciami” jego partyjnych towarzyszy i ukradkowym czmychnięciem zagranicę (uciekł schowany w zabytkowej komodzie jakiegoś brytyjskiego dyplomaty) . Ot i nasz narodowy zuch, mąż stanu i „budowniczy lepszej Polski”, do końca porażony przeświadczeniem o własnej sile, nieomylności, niepomny prawdziwego stosunku doń europejskiego establishmentu.
Jak się to ma do premiera Tuska? Nagle Pan premier dowiedział się, że raport MAKu jest „niedopuszczalny”. Zaś jego nadzieje, że może jak sprzeda sprawę smoleńska i przymiot narodowej suwerenności, to się ruscy jakość od niego odczepią i nadal będzie mógł być poklepywany przez europejskich możnych na „szczytach europejskich” jako ten co „łączy, nie dzieli” ,rosnąć we własnych oczach i liczyć na to, że po doszczętnym spustoszeniu gospodarczym kraju, uda mu się dostać w „instytucjach unijnych” jakąś ciepłą posadkę (jak scenariusz ten przećwiczyli zawczasu Buzek, Kwaśniewski, czy Miller). Na nic zdały się zaklęcia, modlitwy i spazmy, liczące na to, że może Stalin… przepraszam, Putin da się przekonać, że Polska Rosji w drogę już wchodzić ne budet. Taka niewdzięczność! Liczący 210 stron raport, został obudowany polskim aneksem, w którym potrzeba będzie zadać kłam przedstawionym tam stwierdzeniom, zapewne zwalającym wszelką odpowiedzialność za katastrofę na polskich lotników i „nieznane głosy, dochodzące z wnętrza samolotu”.
Zresztą, nie chodzi tylko o Smoleńsk. To samo tyczy się chociażby sprawy z gazem. Będziemy go kupować dłużej niż Owsiak zamierza dyrygować swoją orkiestrę, za więcej dolarów, niźli ów dżentelmen w czerwonych spodniach będzie wstanie do tego czasu na swoich koncertach uzbierać. A miało być tak pięknie. Miała zgoda budować. Miało nie być już tego wstrętnego Kaczyńskiego, który „popsuł nasze relacje ze wszystkimi sąsiadami”, tak że mu Ruscy nie pozwolili mięsa u siebie sprzedawać, bo niezdrowe podobno.
Frajer, niedorajda, chłopiec w krótkich portach, mszczący się na znienawidzonym pomiocie, któremu „Kaczyński” wpisano w dowodzie. Ograniczony w widzeniu polskiego interesu neptek, cofający pozycję Polski na międzynarodowej arenie o ponad dwadzieścia lat… Pan Premier Donald Tusk. Chociaż może lepiej schować jęzor za zębami. Jeszcze gotowa mi p. Monika Olejnik wypomnieć, że „obrażając polskiego premiera i prezydenta obrażam ją, jako Polkę”. A to rzeczywiście skandal… takich rzeczy nie wolno robić…
Komentarze
Pokaż komentarze (6)