"Nie da się jednoznacznie potwierdzić, czy gen. Błasik był w kabinie pilotów, czy też nie" - twierdzi jaśnie oświecony pan Tomasz Białoszewski, współautor książki "Ostatni lot" w czasie wizyty w TVN-ie. Twierdzi tak w chwilę po konferencji, na której prokuratorzy wojskowi stwierdzili jednoznacznie, że nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie obecności dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie rządowego tupolewa w ostatnich minutach lotu (jak i w czasie całego zarejestrowanego zdarzenia). Jak widać, jeśli fakty są niewygodne (zwłaszcza po wysmarowaniu grafomańskiej książki, oskarżającej zmarłe osoby o spowodowanie katastrofy) to tym gorzej dla faktów. „Ekspert TVN-u” idzie w zaparte. To, że nie ma dowodów na to, że generał był obecny, nie oznacza, że nie był (bo przecież prokuratura nie przedstawiła dowodów na to, że go nie było… nie?).
Poza tym, „piloci złamali procedury”, duka pod nosem drugi „ekspert TVN-u”. I co, przez sam fakt, że złamali procedury samolot spadł?! No cóż, tak to chyba może twierdzić tylko ktoś nawet nie z klapkami na oczach, ale z maścią zamiast mózgu w głowie. Niestety, panowie – nie da się już udowodnić tezy, jakoby piloci byli samobójcami, kretynami i nieodpornymi psychicznie żółtodziobami lotnictwa. Nie da się już oszukiwać społeczeństwa. Nie da się łgać i wylewać strumieni gnoju na gen. Błasika i innych wojskowych pilotów, którzy najwyraźniej byli na jakiejś wojennej ścieżce w wypowiadającymi się w studiu „tej drugiej zaprzyjaźnionej stacji” tzw. quasi-specjalistami.
Słucham właśnie kolejnych insynuacji Białoszewskiego… „Dlaczego pomimo tej komendy »odchodzimy« samolot nie odchodzi?”, „Dlaczego samolot opadał?”. Boże, widzisz i nie grzmisz! „Być może atmosfera w kokpicie spowodowała to właśnie, że…”. Nie wiem, jak można tak pier****?! Teza Komisji Millera jest dość jasna – samolot nie odszedł, gdyż (podobno?) odejście w automacie na lądowisku w Smoleńsku nie było możliwe, czego piloci nie wiedzieli, gdyż nie byli do tego szkoleni. Ale czy teza ta jest prawdziwa? Czy nie ma jakiejś innej, bardziej sensownej odpowiedzi na tak zadane pytania? Tej mianowicie, że z samolotem było coś na tyle nie tak, że nie był on w stanie płynnie odejść na drugie zajście? No chyba, że wrócimy do wariantu pancernej brzozy.
Tych pytań osoby typu Białoszewskiego, Setlaka, czy Osieckiego nie muszą sobie zadawać. Podstawiony pod otwór gębowy mikrofon – jak pisałem już o tym wcześniej – ma być ich orężem do prywatnej wojenki z polskim wojskiem, jak przypuszczam. Jest jednak rzecz pocieszająca. Kłamstwo ma krótkie nogi, a prawda – nawet tak skrzętnie ukrywana – powoli przedziera się na wierzch. I jeszcze jedno – zobaczyć zdenerwowane miny „ekspertów TVN-u”, jąkających się i zapluwających wargi, w tym tylko celu, by brnąć w swoje gówniane tezy – bezcenne!
Komentarze
Pokaż komentarze (6)