Przy gorszej pogodzie i zapewne w celu zepsucia nastrojów tych jeszcze zainteresowanych, „Rzeczpospolita” ogłasza na swoich stronach o „degradacji Polski powiatowej”. Jak donosi: „planowane jest zamknięcie co trzeciego sądu i co dwunastej szkoły; powstaje kulturalna i gospodarcza pustynia”. To może dziwić („to”, czyli postawa gazety). Przetrącona w ostatnim półroczu oraz spacyfikowana „Rzepa” zorientowała w tym czasie swoje news’y na tropieniu odchylenia nacjonalistyczno-prawicowego. Dzisiaj jednakże postanowiła odkryć jarmarczną fasadę.
Przyjrzyjmy się problemowi z bliska. Z dostępnych powszechnie informacji wynika, że ostatnia linia kolejowa w Polsce została położona w… 1987r. „Wielki, cywilizacyjny skok”, jakim miało być Euro2012 skutkować będzie „modernizacją”… jednej linii kolejowej. Nie będę roztrząsał się na budowanymi tu i ówdzie nitkami dróg, autostrad i ekspresówek, które nabijają – i owszem – rządzącym kilometrów do statystyk, ale całościowo nie składają się na integralny system łączności komunikacyjnej. W ogóle nie składają się na drogę jako taką (tworzą raczej zlepek kawałków asfaltu i podziurawionych wcześniej nawierzchni).
Spójrzmy na stopę bezrobocia rejestrowego. W marcu przekroczyła ona 13%; wśród osób do 24 roku życia współczynnik ten jest prawie dwukrotnie wyższy. A przecież nie mówimy o kraju, który w ostatniej połówce dekady stał się przedmiotem najazdu Hunów, czy „misji stabilizacyjnej” a’la wojska rosyjskie w Czeczenii. Mówimy o kraju, do którego różnymi kanałami wpompowano grubo ponad bilion (dla MWzWM: jeden i dwanaście zer) złotych; w formie dopłat bezpośrednich, funduszy strukturalnych i spójnościowych, poprzez łatwe kredyty, pożyczki, czy wreszcie drogą transferów pieniędzy od emigrantów. Bilion złotych, do tego prawie dwa miliony osób w wieku produkcyjnym, uciekających stąd drzwiami i oknami, a pomimo to nie udało się zbić bezrobocia do kanonicznego dla krajów rozwiniętych poziomu 5-7%. Przeciwnie, osób bez pracy w minionych latach przybyło.
Ostatnie kilka lat to ciągłe wykarmianie Polaków przeświadczeniem, że jest dobrze i musi być dobrze, bo przecież Kaczyński u bram. Tymczasem, rząd desperacko dokonuje gwałtu i grabieży na swoich obywatelach. Grabieży, bo gabinet PO-PSL od 2007r. zdążył już kilkakrotnie podwyższać akcyzę (na papierosy, paliwa, alkohol i co tam jeszcze można), podatek VAT (który dość prędko – pomimo zapewnień najemnych „ekspertów” – przełożył się na wzrost cen), składki zdrowotne dla przedsiębiorców (obniżonych w 2006r. przez gabinet Kaczyńskiego), położył łapę na większości ulg i odliczeń podatkowych, wyhodowując po drodze półmilionową hurmę urzędników, a teraz dobierając się do emerytur Polaków. Gdy w 2008r. utworzono specjalne fundusze dożywotnich emerytur kapitałowych, zagwarantowano im prawo do dziedziczenia niewypłaconych w pełni świadczeń emerytalnych zgromadzonych na rachunku OFE emeryta; w 2011r. w zasadzie rozpieprzono w trzy wichry budowany od 1999r. system emerytur kapitałowych (w starzejących się społeczeństwach będący polisą na niewydolność systemu zastępowalności pokoleń) zmniejszając składkę ofewowską i przekazując ją na „bieżące administrowanie” do ZUS. A teraz, gdy polityka księgowości kreatywnej wytworzyła w państwowych skarbcu dziurę porównywalną tylko z niedoborami intelektualnymi głowy państwa, rząd Tuska i Pawlaka „bierze na klatę” tzw. reformę emerytalną i ustami sprzedajnych ekspertów przekonuje: musimy dłużej pracować, bo społeczeństwo się starzeje (sic!).
Ale na Polakach dokonywany jest również proces odzierania z godności, rodzaj subtelnego gwałtu na ich przyrodzonych prawach i wolnościach obywatelskich. Tylko dla kogoś skrajnie niezorientowanego może być niespodzianką fakt, że „Polska powiatowa się degraduje”, kurczy i cofa. Kolej, poczta, komendantury policji, sądy, szpitale, połączenia autobusowe. A po co wieśniakom to wszystko? Skoro to ta gorsza Polska, „Polska pisowska”, albo jak zgrabnie ujął to w słowa premier Donald Tusk „takie polskie NRD”?
Przyjrzyjmy się takim krajom, jak Francja, Niemcy, czy Dania (tą ostatnią znam dość dokładnie z opowieści ojca). Państwom „wysoko rozwiniętym”, których model modernizacyjny tak bardzo adorujemy i poddajemy ciągłemu okadzaniu. To tam, w każdym miasteczku, mniejszej miejscowości, czy zwyczajnie na wsi, zakotwiczone są bardzo wyraźnie macki centrali. Kraj oplata system kolei (tylko szybkiej, a nie a’la trzydziestoletnie wagony i lokomotywy), znajdują się placówki urzędów, gwarantujące łączność z metropolią; gęsta sieć instytucji wymiaru sprawiedliwości (sądów, prokuratur, policji, czy też organów zapewniających dostęp do pomocy prawnej) spowija najmniejsze zakamarki państwa, nie czyniąc z wpisanych do ustawy zasadniczej praw fikcji. To oczywiście kosztuje, ale solidarny model rozwoju wymusza tego typu rozwiązania. Utrzymywanie oznak cywilizacji może i nie być rentowne, ale redystrybucja pobieranych w podatkach świadczeń, kierowana jest właśnie solidarnie, równomiernie.
Ale takie zachowanie rządów centralnych wymusza również postawa obywateli, świadomych swoich praw i zagrożeń wynikających z atrofii państwa. Tymczasem na polskim podwórku – zupełna odwrotność. Wymieszanie parweniuszowskich kompleksów i buraczanej, postkomunistycznej mentalności skutkuje rozdrobnieniem społecznej masy. Skoro dominuje przeświadczenie, że „Panu Bogu świeczkę, a dla mnie zasiłek”, to jakakolwiek troska o dobro wspólne, czy cokolwiek innego, niż płot własnej zagrody (ewentualnie jeszcze droga dojazdowa doń) wydaje się zbyteczna. Z jakim skutkiem? Tego jeszcze nie wiemy, ale możemy się domyślać, że bardziej z negatywnym, niż innym.
Nie chce człowiek (mówiąc slangiem prezydenckim) uprawiać „narzekactwa”, ale czasami tylko to potrafi uchronić go przed dokonaniem aktu terroru przeciwko własnemu narodowi. Jeszcze siedem lat temu, gdy żegnaliśmy w dniach kwietniowej żałoby naszego papieża, nie mieściły się nam w ustach frazesy. O encyklikach, o dziedzictwie Jana Pawła, „pokoleniu jotpedwa” i pomniejsze farmazony. Po raptem siedmiu latach znów się miotami. Dopuszczamy do sterów władzy po raz drugi koncesjonowanego hochsztaplera, darzymy bezgranicznym zaufaniem prezydenta o intelekcie mocno przeciążonym, a odbywane przy okazji śmierci papieża rekolekcje zamieniamy na poparcie dla sztucznego penisa, trzymającego Janusza Palikota w ręku (albo i odwrotnie).
Mam w nawyku w każdą rocznicę śmierci Jana Pawła II wypocić jakąś notkę. Ostatnio piszę ich mniej, gdyż staram się pływać w tym jednym wielkim kisielu, jakim jest Polska, co wcale nie jest łatwe, czy przyjemne. A jednocześnie powodów do pisania jest wyraźnie więcej; coraz ostrzej dostrzegam w jaki regres zostaliśmy wpędzeni jako społeczeństwo; jak trudno – będąc wciskanym pod powierzchnię – zaczerpnąć tchu i realizować własne ambicje, czy zwyczajnie wytoczone cele. Jak to wielkie dziedzictwo, którym jest Polska, a o którym to tak ochoczo pamiętaliśmy w tamtych dniach kwietniowej żałoby, rozpierzchuje się w drobny mak (by nie używać słów bardziej przystających do opisu, acz nielicujących z przyzwoitością). Jeśli po tamtym pochlipywaniu po „naszym papieżu” została tylko Partia Sztucznego Penisa, Wąsaty Mędrzec i premier niepotrafiący wziąć Polski „na klatę”, to nie oczekujmy, że Tamci Polacy na chwilę wstaną z grobów i urządzą ten kraj za nas.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)