Przestępstwo zgwałcenia to z pewnością jedna z najbardziej odrażających zbrodni, jakiej może dopuścić się człowiek. Z drugiej strony, ze względu na pieczołowite badanie strony podmiotowej czyni, zarówno u sprawcy, jak i u osoby pokrzywdzonej, jest ono ciężkie do udowodnienia. W jaki sposób bowiem odtworzyć nastawienie i wolę pokrzywdzonego ze stuprocentową pewnością? Bardzo intymny charakter zajścia, w zasadzie pozbawiający możliwości skorzystania z dowodów osobowych utrudnia dotarcie do prawdy; z tego też powodu ustawodawca rozbił przypadki przestępstwa zgwałcenia na kilka stanów faktycznych (głównie z wyłuszczeniem typów kwalifikowanych), pozostawiając organom stosującym prawo szerokie widełki przy określaniu kary.
Tocząca się właśnie debata o przestępstwie z art. 197 Kodeksu karnego zasadniczo dotyka dwóch kwestii. Pierwsza z nich, to sprawa wymiaru kary. Druga, problem trybu ścigania.
W kwestii wysokości kary za dopuszczenie się przestępstwa zgwałcenia można powiedzieć ogólnie jedno – powinna być ona wysoka. A tak pomiędzy Bogiem, a prawdą to nie ma dobrej kary za tę zbrodnię; jedyne co pozostaje przy likwidacji następstw zdarzenia, to nostalgia za obowiązującymi w czasach minionych karami odzwierciedlającymi. Z depenisyzacją włącznie.
Nie tylko jednak, ze względu na znaczącą społeczną szkodliwość czynu, ale również przez charakter naruszonego dobra, sąd nie powinien rozbierać kary na drobne. Problemem polskiego prawa karnego materialnego zasadniczo jest fakt, że za większość przestępstw karze on niesrogo. Przeprowadzony w 1997r. pod rządami SLD proces obniżania kar dla sprawców przestępstw spowodował – co można powiedzieć na chwilę obecną z całą stanowczością – pogłębienie społecznej demoralizacji; odzwierciedleniem tego zjawiska jest fakt, że w większości przypadków to właśnie sprawca drwi sobie z ofiary, a nie na odwrót. W takiej sytuacji o poczuciu społecznej sprawiedliwości w ogóle nie może być mowy.
Jednak przy określaniu wysokości kary warto pamiętać również o doświadczeniach historycznych. W latach ’70 w ZSRR wprowadzono swoisty eksperyment prawny. Za przestępstwo zgwałcenia przewidziano taką samą karę, jak za najcięższe zbrodnie – tj. karę śmierci. Skutkiem jednak tego zabiegu prawotwórczego nie było zmniejszenie liczby zgwałceń. W wyniku tych zmian zwiększyła się natomiast nieporównywalnie liczba zabójstw popełnianych po zgwałceniu. Sprawcy niejako „ubezpieczali” się przed grubym sznurem, fizycznie likwidując ofiary-świadków. Z tej przestrogi warto wyciągnąć lekcję.
W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” ciekawy i bogaty merytorycznie artykuł wiceministra sprawiedliwości – Michała Królikowskiego („Ofiara gwałtu nie może być drugi raz ofiarą”, „Rz”, 30.04.2012r.). Stawia on w nim kwestię trybu ścigania przestępstwa stypizowanego w art. 197 k.k. Czy warto pozostać przy dotychczasowym trybie bezwzględnej wnioskowości, czy też należy tę ścieżkę ścigania w jakiś sposób zmodyfikować?
Wydaje mi się, że dotychczasowy tryb jest wystarczający. Problemy pojawiają się na etapie wykończeniowym (jak zwykle ma to miejsce w Polsce). Chodzi o to, że ofiara zbyt często nie jest traktowana z należytą ostrożnością i delikatnością przez organy ścigania. Zarówno na etapie postępowania przygotowawczego (zachowanie funkcjonariuszy Policji), jak i sądowego (proces odtwarzania przestępstwa przed sądem). Dobrym rozwiązaniem w tej kwestii byłoby zmodyfikowanie i ograniczenie do niezbędnego minimum przesłuchania samego pokrzywdzonego; można by zastosować tryb podobny do przesłuchania małoletnich (w oddzielnym pomieszczeniu, w obecności psychologa).
Problem pozostawienia pod rozwagę samej ofiary kwestii, czy przestępstwo zgwałcenia poddać ściganiu, czy też nie, ma jednak ramy funkcjonowania, których przekraczać nie wolno. Nawet jeśli przyjmiemy za feministkami, że sfera ścigania należy do prywatnych uprawnień osoby pokrzywdzonej, warto jednak pamiętać, że bierność w tej materii ofiary, skutkuje rozprzestrzenianiem się patologicznego zjawiska. Mam w tej chwili na myśli proceder powszechnej bezkarności sprawców. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, jak demoralizująco na społeczeństwo in gremio, jak i poszczególne jednostki, wpływa stan pogłębiającego się bezprawia i bezkarności.
Dlatego w tym względzie twardogłowej postawy feministek nie rozumiem. Stare porzekadło głosi, że największym wrogiem kobiety jest… inna kobieta. Wydaje się, że aby zwalczyć ten krzywdzący stereotyp należałoby wykazywać więcej delikatności i roztropności w swoich działaniach. Zwłaszcza, gdy mowa o tak poważnym społecznym wykroczeniu, jakim jest ten haniebny czyn, opisany pod artykułem 197 w polskim kodeksie karnym.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)