Z Jarosławem Kaczyńskim to jest tak, że jako polityk lubi rozpierduchy. Niby szykuje się politycznie spokojna majówka, wąsaty prezydent opowie swoim kaznodziejskim tonem o królach i królewnach, co to w dawnych czasach konstytucję 3 maja uchwalili, okadzi paru zasłużonych znajomych, a jakiś historyk w studio telewizyjnym rozwodzić się będzie z natrętną dla przeciętnego widza manierą, nad nowoczesnym charakterem ustawy zasadniczej sprzed 221 lat.
Nie takie jednak hece z Jarosławem. Jeśli jest za spokojnie, trzeba profilaktycznie rzucić granat do poczekalni; jeśli nie wiadomo czy coś z tego dobrego wyniknie, to przynajmniej będzie głośno i kolorowo post factum.
Deklaracja lidera największej liczącej się partii opozycyjnej, a zarazem b. premiera i depozytariusza polityki brata – Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – jakoby Euro2012 na Ukrainie należało zbojkotować, jest działaniem niezrozumiałym. Po pierwsze, oświadczenia idące po tej linii pączkowały przez ostatnie dni głównie w Niemczech, gdyż to na korzyść Niemiec jest, by ukraińską część mistrzostw zmarginalizować. Kaczyński po stronie Niemiec? Osobliwe.
Po drugie, rozpłatywanie naszego wschodniego sąsiada i osłabianie jego pozycji przy wielkiej szansie na skok do rodziny państw zachodnioeuropejskich, jaką jest Euro to zagranie po linii Moskwy. Im bardziej dzikie akermańskie stepy, tym więcej tamtejszych tubylców przejawiać będzie nostalgię za moskiewskim koncerzem. Kaczyński sojusznikiem Moskwy? Jeszcze bardziej osobliwe!
A może prezes PiS chciał po prostu wykazać „zdolność odróżniającą” na krajowym podwórku? Zarówno premier Tusk, jak i prezydent Komorowski ostro przeciwstawili się pomysłowi zbojkotowania Euro na Ukrainie. Czy mógł więc Kaczyński nie wykorzystać takiej okazji, by poszczypać rywali i pokazać, że jego głos, jest jednym z głosów europejskiego rozsądku, zbieżnym ze stanowiskiem unijnych liderów? A że jest to zaprzeczenie jego dotychczasowej, kilkuletniej polityki, wolta i deklaracja wynikająca z próżni i trafiająca doń? No cóż, łatwo widać że PiS siedzi na mieliźnie.
Problem polskiej prawicy polega bowiem na tym, że przez polityczne wystąpienia swoich liderów niewiele potrafią zyskać, za to wiele stracić (odwrotnie niż na reszcie sceny politycznej). Budowane miesiącami: poparcie, programy, pomysły i strategie przesuwają – w tym wypadku PiS – co najwyżej o punkt, dwa do przodu. Wystąpienia, takie jak te w zasadzie cofają partię o lata. To a propos zdziwienia tych wszystkich, którzy nie rozumieją, dlaczego Tusk i jego syndykat nie dynda jeszcze na politycznej emeryturze.
Śmieszy mnie natomiast reakcja PeOfili. Dzisiaj mówią o Kaczyńskich (nie zważając na to, że jeden z nich już nie żyje), że Ci są agentami Putina. A przecież jeszcze w 2006r. Kaczyński miał być drugim Putinem, strasznym autokratą wprowadzającym w Polsce kaczystowski totalitaryzm; ten sam Kaczyński po 10/4 przedstawiany był jako szkodnik, psujący pojednanie polsko-putinowskie. Ba, do wczoraj ludzie, którzy pełnili wartę przy przyrodzeniu kremlowskiego jedynowładcy, przestrzegający przed wypowiadaniem mu wojny, teraz z nieznośną lekkością krzyczą, że Kaczyński – nie pełniący żadnej oficjalnej funkcji i podobno polityczny karzeł – wpycha Ukrainę w paszczę Rosji.
Czy to mania jest przeklęta, czy też stan inteligenta?


Komentarze
Pokaż komentarze (16)