W dzieciństwie pogrywałem trochę w piłkę. Na początku na prawej obronie, potem na pozycji bramkarza; miałem dobry start na przedpole i zawsze stanowcze wyjście do piłki. Pochodzę z rocznika 1987r., także najwspanialsze lata mojego dzieciństwa to okres wielkiej posuchy polskiej reprezentacji piłkarskiej i piłki klubowej. Nasz zespół młodzików był jednak zaprzeczeniem tego, co działo się u seniorów. Tworzyliśmy bardzo zgraną ekipę, trzon drużyny stanowili zawodnicy, którzy na co dzień chodzili do tej samej klasy w podstawówce. I odnosiliśmy spore sukcesy.
W 1998r. wygraliśmy międzynarodowy turniej Vicenza Cup we Włoszech. Rok wcześniej (chociaż bez mojego udziału) ugraliśmy co nieco na turnieju w Danii. Później przyszły jeszcze wyjazdy do Holandii (1999r.), do Francji (2000r.) oraz – ale już po moim odejściu – ponownie do Holandii (2002r.). To co mi wtedy, jako dziecku, utkwiło w pamięci, to piękne autostrady, po których jeździliśmy we wszystkich tych krajach. Ale również czarowne i na glanc wykończone stadiony (amsterdamską ArenęA pamiętam do dzisiaj), wąskie włoskie uliczki, pędzące przez nie niewielkie skutery oraz ludzie, przesiadujący na zewnątrz tamtejszych kawiarni, z filigranowymi filiżankami kawy w ręku. We Francji nocowaliśmy w supernowoczesnym hotelu (w którym nie wiedziałem jak wziąć prysznic, gdyż zamiast kurków były jakieś śmieszne przyciski, które nawet po naciśnięciu nie dawały wody), przejeżdżaliśmy koło najważniejszej areny Mundialu’98 – Stade de France; ale również i obok Katedry Notre Dame i oczywiście Wieży Eiffla. Holandia z kolei, to kraj cywilizacyjnie wspaniały, posiadający świetliste autostrady, doprowadzające i odprowadzające przybyszów z serca kraju (z Amsterdamu) na obrzeża.
Europa Zachodnia była wówczas marzeniem, które dzięki piłce nożnej stawało się chociaż na chwilkę namacalne. Uchwycić nowoczesności, wyrwać się z paździerza betonowych boisk do piłki nożnej, na których nigdy nie było siatek (ciągle ktoś je kradł), dziurawych dróg i stadionów z drewnianymi siedziskami – to dla małego chłopaka było wielkie przeżycie.
Wczorajsza uroczystość otwarcia Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej pokazała, jak wielkim krokiem dla Polski było wstąpienie do Unii Europejskiej. Zawstydzający, i przestarzały jeszcze w momencie budowania Stadion Dziesięciolecia, zastąpiono pięknym Stadionem Narodowym. Mecz we Wrocławiu pokazał, że tamtejszy Stadion Miejski absolutnie łapie się na europejską czołówkę. Myślę, że wszyscy powinniśmy się delektować rozpoczętym wczoraj trzytygodniowym festiwalem. Dla mnie to ważne wydarzenie, przybliżające dziecięce marzenia; to spełnienie snu, w którym Polska wygląda chociaż w połowie tak, jak oglądana w latach ’90 zza szyb autokaru Europa. A dla Polaków? Myślę, że przede wszystkim powód do dumy.
Jak już wspominałem, w naszej juniorskiej drużynie grałem na pozycji bramkarza. Niektórzy mówili, że z niezłym skutkiem. Na tej pozycji w klubie było nas trzech: Sławek, Kuba i właśnie ja. Przy czym Sławek był absolutnym numerem jeden, a my harowaliśmy z piachem w zębach, żeby nie oglądać jego pleców. Przy tak doborowej stawce nie mogło nikogo dziwić, że kiedy do naszego trenera – pana Marka – przyjechał szkoleniowiec Hetmana Zamość, z prośbą, żeby jego początkujący bramkarz – Przemek – mógł grać razem z nami, ten odmówił.
Dzisiaj Sławek pracuje w Warszawie w dużej korporacji finansowej; Kuba studiował we Wrocławiu – bodajże ekonomię, ale nie wiem na pewno, bo kontakt mi się z nim urwał. Sed3ak, skończył swoje studia i został blogerem. A Przemek? Przemek postanowił dalej grać. Trafił do pierwszej ligi, potem do ligi holenderskiej. A wczoraj Przemysław Tytoń – bo o nim tutaj mowa – wybronił nam w meczu otwarcia karnego!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)