„Z niczego się nie wycofuję. Moi informatorzy to ludzie o najwyższej wiarygodności. Źródła od siebie niezależne. I zawsze będę ich chronił” – napisał na swoim twitterze, Cezary Gmyz, autor artykułu o materiałach wybuchowych, znalezionych jakoby przez polskich śledczych w Smoleńsku, który ukazał się dzisiaj na stronach rp.pl. To reakcja dziennikarza śledczego „Rzeczpospolitej” na stanowisko jego własnego szefostwa; krótko po 15.00 na stronach portalu pojawiło się oświadczenie, zacytowane przeze mnie w ostatnim wpisie.
Oto jego pierwotna treść:
„Pomyliliśmy się pisząc dziś o trotylu i nitroglicerynie. To mogły być te składniki, ale nie musiały. Aby ostatecznie przekonać się, czy to materiały wybuchowe, okazuje się, że potrzeba aż pół roku badań laboratoryjnych. Dopiero wtedy, czyli ponad trzy lata po katastrofie, mamy dowiedzieć się, czy doszło do eksplozji, czy nie”.
Po kilku godzinach oświadczenie zostało zmiękczone; usunięto wyrażenie mówiące o przeprosinach. Mało tego – jak podaje na facebook'u inny dziennikarz „Rz” – Dominik Zdort (treść podaję za twitem Rybitzky’m) – „Ja nie przepraszam, Gmyz też nie. Aż się boję napisać, kto napisał te przeprosiny” i dalej: „Niestety potem ktoś pozwolił się zawrzeszczeń. Jaj komuś zabrakło”. Gmyz i Zdort to przedstawiciele tzw. starej gwardii w „Rzeczpospolitej”; Tomasz Wróblewski naczelnym został dopiero wraz z przyjściem Grzegorza Hajdarowicza. Wygląda to na jawne rozdarcie wewnątrz gazety i wypowiedzenie posłuszeństwa przełożonemu przez jej dziennikarzy. Niewykluczone, że Ktoś Ważny tuż przed konferencją prasową premiera wykonał do właściciela i wydawcy "Rzepy" telefon perswazyjny, stawiając tym samym Wróblewskiego pod ścianą. Nie wiemy tego, ale bunt sam z siebie się nie wziął.
Wrzucony przez Wróblewskiego na portal „Rzepy” wideo – komentarz jest raczej rozpaczliwą próbą wyjścia z całego tego zajścia z twarzą. Widać po tym jedno – Wróblewski i Gmyz to nie jedno; chociaż osobiście dziwię się redaktorowi naczelnemu „Rzepy”, że w tak trudnej dla jednego ze swoich najlepszych dziennikarzy śledczych chwili ten publicznie odwraca się od niego plecami i pozwala bezkarnie smażyć go w mediach różnym hienom, zamiast stanąć murem za podwładnym. Mam jeszcze jedną teorię, zgodnie z którą w jutrzejszym wydaniu „Rzeczpospolita” odpali coś jeszcze większego i jeszcze lepiej udokumentowanego na temat „sprawy trotylu”, niż dzisiaj. Tak zrobiłby to profesjonalny dziennik.
Niestety, w Polsce zarówno wydawcom, jak i politykom do profesjonalizmu jeszcze daleko.
Dzisiejszą sprawę politycznie przegrał PiS. I to przegrał całkowicie, gdyż przez skrajnie ostre słowa Jarosława Kaczyńskiego o „zamordowaniu 96 osób”, czy też otwarte pytanie wystosowane do Tuska „Czy chce mnie Pan zamordować?” odbierają mu wiarygodności, jakiej on i jego partia nabierały od początków września. Myślę, że najbliższe sondaże pokażą spadek notowań dla PiS-u. Ciekawe tylko, czy spadek ten będzie jeszcze do odrobienia? Obecnie przy "sprawie trotylu" wiernie stoi już tylko "Gazeta Polska".
Cała sprawa z pewnością nie przyczyni się do poprawy kultury w pisaniu i mówieniu o katastrofie smoleńskiej. Przeciwnie, wielu hienom, „ekspertom lotniczym”, zwykłym mendom, czy jeszcze gorzej – politykom Platformy – da do ręki żelazny argument; i zacznie się powtarzać jak mantrę, że Kaczyński, Gmyz i cała „Rzeczpospolita” skompromitowały się na miesiące, na lata, albo i dożywotnio. Trudno, za swoje błędy się płaci…
A co do samych materiałów wybuchowych na poszyciu rządowego tupolewa? Wyjaśnienia prokuratury tak naprawdę nie wyjaśniają niczego. W chwili obecnej jesteśmy w tym samym miejscu, co przed publikacją „Rzepy” z rana. Musimy więc wszyscy anulować to, co wydarzyło się przez ostatnie godzin i odpowiedzieć sobie na pytanie, które dość śmiało prokuratorom wojskowym na konferencji prasowej zadawał red. Skórzyński z TVN-u: Dlaczego po 2,5 roku po katastrofie, po napisaniu dwóch raportów i wykluczeniu wersji z zamachem, polscy śledczy ponownie wyruszyli na miejsce katastrofy pobierać próbki i przeprowadzać dodatkowe badania?
Wersji „Rzeczpospolitej” – przynamniej oficjalnie – przyjąć nie możemy.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)