Redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” oddał się do dyspozycji rady nadzorczej spółki „Presspublica”. Wszystko to efekt wczorajszej zawieruchy, nazwanej przeze mnie „sprawą trotylu”. Jak widać, Tomasz Wróblewski, wyuczony dziennikarskiego fachu za oceanem, wie jak powinien zachować się profesjonalista (albo po prostu – człowiek przyzwoity), po – nie bójmy się tego słowa – aferze, do jakiej doszło wczoraj na lamach kierowanego przez niego pisma.
No cóż, red. Wróblewski ma więcej honoru, niż polski premier, prezydent, minister spraw zagranicznych, marszałek Sejmu, lider partii „opozycyjnej” etc. Chociaż, między Bogiem, a prawdą, dymisja tych osób, czy oddanie się swoim przełożonym do dyspozycji w mojej ocenie nie załatwiałyby sprawy. Właściwszym rozwiązaniem byłby podstawiony naładowy pistolet z jednym nabojem, ewentualnie grubo spleciony sznur (w zależności od nastawienia samych zainteresowanych).
I w tę halułinową noc wypada chyba rozważaniami o sensie życia i śmierci notkę zakończyć. Na podsumowanie najnowszego sondażu SMG/KRC, dającego sporą przewagę PO nad PiS-em, przyjdzie czas w piątek.


Komentarze
Pokaż komentarze (34)