Jednoosobowy zarząd spółki Presspublica (właściciela dziennika „Rzeczpospolita”), w postaci Grzegorza Hajdarowicza, przeprowadził egzekucję w swojej gazecie. Polecieli redaktor naczelny – Tomasz Wróblewski, dziennikarz śledczy i długoletni pracownik „Rzepy” – Cezary Gmyz, szef działu krajowego Mariusz Staniszewski i z – ca redaktora naczelnego Bartosz Marczuk. Wszystko przez artykuł pn. „Trotyl na wraku tupolewa”, w którym – jak zauważa Giz z Trójmiasta – zabrakło znaku zapytania.
W zeszłym tygodniu napisałem, że oddaniem się do dyspozycji władz wydawcy „Rzeczpospolitej”, jej naczelny – Tomasz Wróblewski – zachował się honorowo; postąpił bowiem wedle zasady, że to zwierzchnik ponosi odpowiedzialność za działania swoich podwładnych. Niestety, Szef Wszystkich Szefów, a także przełożony Wróblewskiego to honorowe zagranie postanowił wykorzystać i zmieszać z błotem niepokornych dziennikarzy.
Całą sprawę należy ocenić jednoznacznie krytycznie i negatywnie. Pamiętajmy, że Gmyz pisząc swój materiał nie opierał się na pudelkowym portalu, tylko na kilku źródłach, a jednym z nich był prawdopodobnie sam Prokurator Generalny (który później po „męsku” całej rozmowy z dziennikarzami „Rz” się wyparł). Cezary Gmyz tworzył i opublikował artykuł po osobistej rozmowie red. Wróblewskiego z Andrzejem Seremetem, a także po dodatkowym zielonym świetle dla publikacji od prezesa „Presspublici” – Hajdarowicza właśnie (bardzo ciekawie pisze o tym we wczorajszym „Newsweek’u” Michał Krzymowski w artykule »Anatomia wybuchu«). Dlaczego więc właściciel „Rzeczpospolitej” sam nie zrezygnował z szefowania spółce, skoro (rzekoma) kompromitacja gazety odbywała się również przy jego współudziale?
Nigdzie również nie jest powiedziane – i należy o tym nieustannie przypominać – że trotylu na wraku TU-154M nie ma lub nie było. Na potwierdzenie tych informacji trzeba będzie zwyczajnie jeszcze trochę poczekać; niemniej, już w innych gazetach i źródłach otwarcie mówi się, że badania wykonane przez polskich śledczych potwierdziły obecność tego materiału na szczątkach samolotu. Tak więc, czy nie jest prawdopodobnym, że wygodny dla władzy Hajdarowicz skorzystał z okazji i podszeptów Ważnych Ludzi, aby wykończyć resztkę prawicowego dziennikarstwa w głównym nurcie, tak bardzo niewygodnego dla rządu?
Ktoś powie, Gmyz miał okazję się obronić! I tak, i nie. Tajemnica dziennikarska, na którą miał prawo się powołać, w mojej ocenie uchroniłaby go przed odpowiedzialnością sądową pod każdą postacią. Nie chodzi nawet o to, czy dziennikarz „Rz” napisał prawdę, czy też nie. Chodzi o to, że w świetle ważnego interesu społecznego, po zweryfikowaniu źródeł, mógł artykuł o treści takiej jak w materiale z zeszłego wtorku popełnić. Poza tym, żaden dziennikarz śledczy nie jest idiotą i nie ujawnia swoich źródeł, bo tym samym spala swoją wiarygodność i odbiera chleb, tworząc dla swoich informatorów sytuację co najmniej ryzykowną.
Sprawy personalne w „Rzeczpospolitej” ciekawe są jeszcze z innych względów. Na szyi ostała się np. głowa zastępcy red. naczelnego tej gazety – Andrzeja Talagi, pomimo faktu, że dziennikarz ten również był w obiegu dopuszczającym sporny artykuł do publikacji. Ba, Talaga nagrał nawet wideobloga, na którym w sposób wyważony, ale potwierdzający tezy Gmyza, żyrował stanowisko redakcji. Czyżby zatem kolesiostwo i możliwość obstawienia redakcji wygodnymi dla władzy ludźmi zwyciężyła w procesie selektywnej „sprawiedliwości”? I to w sytuacji, w której pozostałym pracownikom wręcza się dyscyplinarki (chociaż np. Gmyz zasugerował rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron; a swoją drogą sytuacja materialna b. dziennikarza „Rzepy” i perspektywy zawodowe są na dzień dzisiejszy naprawdę bardzo trudne)? Jeśli tak, to wczorajsza decyzja szefostwa „Presspublici” nie może być nazwana inaczej, niż tylko zalegalizowaniem kurestwa.
Każdemu zdarza się w swojej pracy zawodowej czasami zagalopować za daleko. Nierzadko samemu będąc bez winy, potrzeba ponosić odpowiedzialność za podwładnych; bardzo często za złe decyzje szefostwa po głowie dostają pracownicy „z dołów”. To się zdarza. Praca dziennikarza, podobna jest do tej fachu rycerza, który musi swoimi cnotami dzień w dzień toczyć walkę o wartości wpisane w wyznawany przez siebie etos; o prawdę, o wiarygodność, czy o prawo obywateli, do informacji o przestrzeni publicznej.
W tej walce, jak to w walce, nie wszystkie boje są udane, zdarza również i w potyczce polec, poharatać, albo poszramić bliznami. Jest nawet takie powiedzenie, że „rycerz bez blizny, to k**as nie rycerz”.
Grzegorz Hajdarowicz po zeszłotygodniowym zamieszaniu pozostał bez blizny.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)