Już wczoraj zamierzyłem popełnić notkę o przewidywalnym kolorycie wyborczym następnych trzech lat i o potencjalnej w nim roli Jarosława Kaczyńskiego. Od dłuższego bowiem czasu kiełkuje we mnie myśl, że Kaczyński na polskiej scenie politycznej się kończy; na tyle inteligentnie, że postawiwszy wszystko na jedną kartę czeka na szczęśliwy traf. Inteligentnie, gdyż w przypadku złego trafu i tak spokojnie dobije na swoich warunkach do politycznej emerytury. Dzisiejszym wpisem („To będą ostatnie trzy lata Kaczyńskiego w polityce”) bloger Stops-Wiciński ubiegł moje myśli. Rzuciłbym się w wir polemiki, ale niestety – jak mało kiedy – zgadzam się z założeniami tekstu Stopsa. Trochę to dziwi, bo w salonowej wojence podjazdowej każdy z nas naciera z różnych stron. Gdyby jednak odrzeć tekst Stops’a z jawnych wulgaryzmów i nieprzyzwoitych uszczypliwości (jak widać rządowa publicystyka nie rzyga jednak Smoleńskiem, gdyż ciągle o nim pisze) można powiedzieć, że Stops ma rację i do jego kalkulacji należy podejść na serio.
Od czego by tu zacząć? Chyba najlepiej od klasyki.
Mesjasz konserwatywnej polityki – Ronald Reagan – swoją prezydenturę rozpoczął w wieku lat 70. Siedem wiosen mniej skończył w czerwcu br. Jarosław Kaczyński. O ile jednak w przypadku prezydenta USA ten wiek był początkiem budowy swojego spiżowego pomnika, o tyle w wydaniu Kaczyńskiego raczej oznacza schyłek jego postaci. Nie jest prawdą – to bodaj jedyny punkt sporny ze Stops’em – że kolejne przegrane wybory parlamentarne są integralną częścią złożenia polityka do grobu. Reagan – zanim został prezydentem – przegrał sromotnie prawybory w 1976r.; nie od razu został również gubernatorem Kalifornii. Przywoływany przez Kaczyńskiego jako partyjny drogowskaz – węgierski premier Viktor Orban – partią rządzi już ponad 20 lat; przeżywał z nią wzloty (jak tryumf w wyborach z 2010r.), ale również bolesne i upokarzające porażki – jak przegrana w wyborach parlamentarnych w 2002r. W przypadku PiS-u i Kaczyńskiego nie chodzi o kolejną porażkę wyborczą; szwankują pryncypia.
Zarówno bowiem za Reaganem, jak i za Orbanem stała/stoi potężna siła – naród. Rozpoczynający w 1981r. prezydenturę Reagan cieszył się 63% poparciem; gdy składał swój urząd w 1989r. popierało go aż 69% Amerykanów (jest to drugi w historii USA przypadek prezydenta, który kończył swoją prezydenturę z większym poparciem, aniżeli wtedy, gdy ją zaczynał; w wyborach roku 1984 wygrał w 49 z 50 stanów, miażdżąc demokratę Mondale’a). Reagan dlatego był tak znienawidzonym przez lewicowe media i establishment politykiem, gdyż czerpał swoją siłę bezpośrednio od narodu, rzucając na kolana całą występującą przeciw niemu Orkiestrę. Viktor Orban w 2010r. zdobył w wyborach parlamentarnych większość konstytucyjną, a po dwóch latach rządów w czasach załamania gospodarczego, trudnych reform oraz nieprzychylności Unii Europejskiej i międzynarodowej finansjery, jego „Fidesz” w dalszym ciągu ma znamienitą przewagę nad socjalistami.
W wywiadzie udzielonym w styczniu 2012r. Janowi Pospieszalskiemu, węgierski premier stwierdza, że czuje się pewnie w rozmowach z atakującymi go unijnymi przywódcami, gdyż wie, że za jego plecami stoi węgierski naród (podobna sugestia pada również w rozmowie z Orbanem, przeprowadzonej przez Igora Janke dla „Uważam Rze”). Polityk, który ma świadomość, że w obronie jego polityki jest w stanie wyjść na ulicę kilkaset tysięcy obywateli może ze spokojem realizować swój program, nie tłumaczy się „układem”, „spiskiem”, „stronniczością mediów” itp. Ale zarówno Reagan, jak i Orban posiadali/posiadają również pewien specyficzny element w społecznej komunikacji, jakiś pierwiastek luzu i opanowania, który pozwala(ł) im wychodzić bez szwanku z medialnego natarcia (przykład historyczny: gdy jeden z nieprzychylnych republikańskiemu prezydentowi dziennikarzy zapytał Reagana, czy winiąc innych za złą sytuację gospodarczą w kraju widzi również jakąś winę w sobie, ten odpowiedział, że jak najbardziej, gdyż on same popełnił w przeszłości ten błąd, że zbyt długo był demokratą!).
Jaka tymczasem siła stoi za Kaczyńskim? Naród, żywioł, większość, polityczne opanowanie? Jeśli już, to co najwyżej „prawdziwi Polacy”; grupa autentycznych patriotów i zatroskanych o los własnego państwa obywateli, którzy jednak zamknięci we własnym, ciasnym spojrzeniu na rzeczywistość mogą co najwyżej pozwolić dryfować PiS-owi na dwudziestu kilku procentach społecznego poparcia. Manewr odbicia centrum, przeprowadzany od połowy września przez partię Kaczyńskiego, po raz kolejny zakończył się niepowodzeniem, chociaż pojawiały się już przecież sondaże, dające PiS-owi odpowiednio 39% i 40%. Bez odczarowania lemingów (zgrabnie pisze na ten temat R. Ziemkiewicz w „Myślach Nowoczesnego Endeka”), bez budowy zrębów partii od dołu (jak w przypadku „Fideszu”), bez zmasowanego marszu przez instytucje i media (o czym przypomina w „Rozmowie Karnowskich” Wojciech Reszczyński), PiS nie wygrzebie się z grajdołka. A z biegiem czasu sytuacja wcale nie będzie tej partii sprzyjać.
Będzie PiS co najwyżej – jak pisze nieprzychylny tej partii Stops – stopniowo obumierać i marnieć. Ku satysfakcji Stopsa i jemu podobnych.
Komentarze
Pokaż komentarze (51)