1. Jak donosi dzisiejsza „Gazeta Polska Codziennie” na polecenie polskich śledczych przedstawiciele tzw. strony rosyjskiej ścieli w Smoleńsku brzozę, będącą wedle dwóch rządowych raportów bezpośrednią przyczyną katastrofy rządowego Tu-154M z 10 kwietnia 2010r. Dla wielu, zwłaszcza tzw. smoleńskich racjonalistów, wydarzenie to musi wprowadzać w dysonans; oto śledczy, w prawie dwa lata po napisaniu przez Rosjan MAK-owskiego raportu oraz w prawie półtorej roku po sporządzeniu oficjalnego dokumentu rządowej komisji Millera, stwierdzili, że wypadałoby zbadać brzozę, co to podobno oderwała skrzydło samolotu. Jak głosi metodologia naukowa wschodu, „lepiej późno, nić wcale”.
Badanie wykonano przy okazji w wielkim stylu. Oto najprawdopodobniej bezpowrotnie zniszczono kluczowy dowód potrzebny w odkrywaniu przyczyn katastrofy (jeśli przyjmiemy, że w trzydzieści miesięcy po zdarzeniu był on cokolwiek wart; oj tam, oj tam). Padł też – chcąc nie chcąc – kolejny mit obrońców rządowej narracji w sprawie smoleńska; okazało się, że feralna brzoza nie była pancerna (no bo jakby ją inaczej ścięto?). Na pewno w tym momencie piewcom propagandy zrobiło się głupio, aczkolwiek dyscyplinarnych zwolnień z pracy bym się nie spodziewał.
Wiadomość o ścięciu brzozy należy włożyć do szuflady z podpisem „kurioza”, zaraz obok informacji podanej jakiś czas temu przez portal niezalezna.pl, o tym, że o dokonanej na kilka dni przed 10 kwietnia 2010r. przebudowie tzw. śródpłacia tupolewa (chodziło o domontowanie dodatkowych dziesięciu miejsc) nie miała absolutnego pojęcia polska Służba Kontrwywiadu Wojskowego. Wiadomość o przeróbkach rządowej maszyny najpiękniej umiejscowiona jest w tle ustaleń badaczy z tzw. konferencji smoleńskiej, którzy przekonywali, że właśnie w okolicach śródpłacia w ostatnich chwilach lotu z 10/4 doszło do dwóch eksplozji.
Nie bądźmy jednak czepialskimi spiskowcami, oczekującymi od polskich służb aż takiej nadgorliwości. Zostańmy przy haśle „Nic się nie stało!”.
2. Jak się tymczasem okazuje, są już pierwsi publicyści-patrioci, uposażeni w zrebrandingowanym tygodniku „Uważam Rze”; stały kącik felietonistyczny będzie tam miał lider Kongresu Nowej Prawicy – Janusz Korwin Mikke. Ciekawe jak wiadomość ta przyjmie się w mediach. Korwin to ta sama okolica co Grzegorz Braun, w związku z tym należałoby się spodziewać raczej zmasowanej fali oburzenia autorytetów i specjalistów od nawozów i od świata. Z drugiej strony, w walce z pisowskimi karłami reakcji dopuszczalne jest zainstalowanie w poczytnym do środy tygodniku chociażby i błazenady JKM-u.
Swoją drogą, przepyszny manewr władzy. Oto odizolowany szczelnym kordonem sanitarnym PiS, pozbawiony społecznego oddziaływania poprzez prawicową publicystykę, zostaje zastąpiony tzw. zdrową prawicą, w tym przedstawicielami obozu narodowego. Tyle, że są to narodowcy spod znaku człowieka, który przekonuje, że narodowy (właśnie) interes Polski to oddanie się bezgranicznie putinowskiemu bandytyzmowi na łaskę lub niełaskę, jak również zwalczanie demokracji i adaptacja w naszym kraju autorytarnych metod rządzenia ze wschodu.
Tak więc w polityczno – partyjnej układance rodzi się nam z nieprawego łoża Zdrowa Prawica, z takimi postaciami jak Roman Giertych, Janusz Korwin – Mikke, czy też resztówka po nieboszczce PJN, która stworzy brakujący komponent dla władzy. W ten sposób, żeby można było otwartym tekstem powiedzieć, że no proszę, teraz to już nawet i prawica krytykuje PiS i jego smoleńską religię.
Krótko słów parę jeszcze o Korwinie.
To ten sam człowiek, przekonywujący w programie u Lisa, że ludzie z protezami nóg łatwiej dojdą na biegun północny, „bo im stopy przynajmniej nie odmarzną”; to człowiek nazywający Lecha Kaczyńskiego zdrajcą (za ratyfikowanie Traktatu Lizbońskiego) lub też rusofobem (za interwencję w czasie konfliktu gruzińskiego). W odnowionym „Uważam Rze” swoją wierszówkę dostanie więc emerytowany polityk, który widzi podobieństwa systemu opieki zdrowotnej w systemie lecznic dla zwierząt, który jeszcze niedawno tworzył naukowe (jego zdaniem) wygibasy dotyczące niepełnosprawnych paraolimpijczyków, czy też nieustannie (i jego zdaniem) przekonywująco dowodzi, że legalizacja prostytucji do najlepszy patent na walkę z nią. I wszystko to w absolutnej odporności na argumenty drugiej strony.
Smutno mi. Co w takiej sytuacji mam czytać z wypiekami na twarzy w każdy poniedziałek? Czuję się szczerze oszukany. Jeśli jeszcze kiedykolwiek do ręki wezmę „Uważam Rze” to chyba tylko w sytuacji niedostatku papieru pierwszej potrzeby.
Komentarze
Pokaż komentarze