Niewiele można z tego wszystkiego już zrozumieć. Po wczorajszej konferencji prokuratury wojskowej wiemy na pewno (?), że 10/4 w Smoleńsku nie doszło do żadnego wybuchu. Po drugie, wcale nie wiadomo, czy był on spowodowany materiałami wybuchowymi. Po trzecie, wykryty trotyl wskazuje na to, że go tam nie było. Po czwarte, wcale przecież nie musi oznaczać, że obecność trotylu implikuje istnienie na wraku materiałów wybuchowych, których badacze przecież nie wykryli.
Z drugiej flanki nacierają nie mniej kuriozalne informacje. Trotyl (którego przecież tam nie wykryto), to pozostałość po żołnierzach wracających tupolewem z misji wojskowych. Czyli, powracający do kraju żołnierze na siedzeniach pasażerskiego samolotu (w tym i na skrzydłach!) przewozili trotyl, zapominając zdać go zawczasu do bagażu rejestrowego? Ludzie, przecież takie brednie to trudno jest nawet do felietonu wymyśleć! A wszystko w mediach okraszone jest jakże niezmylającym nagłówkiem „Spada liczba osób niewierzących w zamach w Smoleńsku”.
Co ciekawe, informacji o wczorajszej konferencji prokuratury, która wykrywając trotyl zaprzeczała jednocześnie jego obecności, próżno było szukać na internetowej stronie „Rzeczpospolitej”. To już nawet rządowy tvn24.pl wykazał więcej taktowności, czując się w obowiązku zacytować słowa eksperta od spektrometrów, który ośmieszył śledczych w livestram'ie. Rp.pl raczyła za to poinformować nas niesamowicie ważną nowiną ze świata sportu, podając że jakiś BKS Piździoszek wygrał na wyjeździe z Interem Grzybkowo aż trzy do zera! A może było na odwrót?
Po wczorajszych wyjaśnieniach prokuratury można dojść jednak do kilku wniosków i postawić sobie parę pytań. Wiemy już, że w świetle tego co upubliczniła prokuratora wojskowa, Cezary Gmyz miał prawo napisać to, co napisał. Nawet jeśli nie wiedział, że (co w ogóle wydaje się być kretynizmem) spektrometr tak samo reaguje na trotyl, co na pastę do butów (sic!), to powołując się na czterech informatorów dochował on należytej rzetelności (przypomnijmy: z pracy wyrzucono go właśnie z powołaniem się na brak rzetelności); po wtóre, w świetle interesu publicznego – a w oparciu o taki wykonuje się zawód dziennikarza – nie może Gmyz ponosić odpowiedzialności za okłamanie go przez swoje źródła, albo nieuściślenie informacji, że spektrometr reaguje tak samo na trotyl co na „namiot PCV” (co, powtórzę to jeszcze raz, wydaje się być kretynizmem dekady).
Pozostaje sobie jedynie zadać pytanie, na podstawie jakich konkretnie zarzutów wywalono dyscyplinarnie niepokornego dziennikarza z pracy? Bo napisał – pod okiem Andrzeja Talagi i Tomasza Wróblewskiego – że na wraku tupolewa był trotyl, który tam był, chociaż jednocześnie nie było tam – wedle rozumowania prokuratorów – materiałów wybuchowych? Nie chciałbym „Nowej Rzeczpospolitej” martwić, ale za niezasadne, bądź bezpodstawne rozwiązanie stosunku pracy (i to jeszcze dyscyplinarnie!) Cezary Gmyz może domagać się od b. pracodawcy sowitego odszkodowania (kodeks pracy jest w tym wypadku nieubłagany); nie mówiąc już o tym, że w potencjalnym procesie nadszarpnięty zostanie wizerunek samej redakcji.
Ale na dzień dzisiejszy oddajmy się innej tezie. Tej oto, że p. Grzegorz Hajdarowicz wcale nie zrealizował rządowej intrygi pozbycia się niewygodnych dziennikarzy z medialnego strumienia i doprowadzenia na skraj bankructwa popularnych pozycji na rynku prasy; przeto jedynie wykonywał swoje uprawnienia jako właściciel wydawnictwa. Cóż z tego, że zarżnął on właśnie przynoszące mu dochód gazety, a zwolnieniami z pracy naraża budżet „Rz” na grube odszkodowania i rujnuje jej reputację? Oficjalna wersja – skrojona jakby wyraźnie pod zdolności intelektualne twardego jądra elektoratu władzy – brzmi, że właściciel spółki Presspublica po prostu doprowadził się do bankructwa, gdyż mu się to opłacało. A może nie jest to wcale taka idiotyczna teza…?
P.S. – Kilka dni temu napisałem i opublikowałem na swoim blogu opowiadanie – „Dzienniki Ronalda Prusa. Część Pierwsza”. Kończąc je, nie wiedziałem jeszcze jaki wynik będzie miała konferencja prokuratury z wczoraj. Pisząc zaś – przypominam raz jeszcze, że wszelkie zawarte tam podobieństwo do osób i zdarzeń jest jedynie przypadkowe – popuściłem wodze fantazji i korzystałem do granic możliwości z narzędzi gatunku political fiction. Po paru dniach widać już, że fikcji w opowiadaniu jest coraz mniej, a pewne opisywane tam wątki stają się samosprawdzającą się przepowiednią. Nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze raz zachęcić Drogich Salonowiczów do lektury tego opowiadania. Link do odpowiedniego wpisu można znaleźć również i na bocznej zakładce bloga, po naciśnięciu przycisku „Rozwiń więcej”.
Komentarze
Pokaż komentarze (2)