Co łączy panią Ewę z panem Bronisławem i świętej pamięci senatorem Witoldem Gładkowskim ? Łączy tę trójkę hipotetyczny przypadek, czyli narracja historii alternatywnej, jakże popularnej u nas ostatnimi czasy.
Nasz pan prezydent dzisiejszy , miły, rubaszny, jowialny, brat-łata większości polskojęzycznych Polaków, wyróżnia się sylwetką takiej zacności, iż domniemywanie jego skłonności dokulinarnych, z pewnością graniczyć może. Z pewnością lubi pojeść. A gdy już podeżre zdrowo, to nie niosą mu lektyki, jeno on własną osobą, zaraz po śniadaniu, z Belwederu, samodział do Pałacu chadza, do roboty. Aliści chwila nieuwagi …
Tu alternatywna historia czyni wdzięczną woltę, do realnej powracając przeszłości. Do osoby nieżyjącego senatora Witolda Gładkowskiego z SLD. Jedynego z tej trójki, poznanego przeze mnie osobiście i dobrze. I znanego przez całą epokę, bo ja leciwy jestem.
Senator nauczycielem był praktykującym , przez co praktykę rozpoczął ode mnie i klasy mojej w Roku Pańskim 1963. Ponieważ inteligentny był i rozwojowy, spostrzeżono talenta jego i karierę otworzył sobie tak konsekwentną, iż na koniec ostatnim naczelnikiem pięknego miasta Sz. został, jako-że póżniej, to już pojawili się w naszym świecie burmnistrzowie i – strzynie. Jako szef lokalnych struktur SLD, trzymał je krzepko za mordę, skutkiem czego i … popularności własnej w środowisku, senatorem w Senatusie RP został. W Świątyni Dumania zasłynął-był głównie z perfekcyjnej znajomości „Pana Tadeusza” , na wyrywki, niezależnie od wskazania. W tym czasie doznał poważnej iluminacji i nawrócił się ; nieodosobniony to przypadek. Będąc wilniukiem, organizował wycieczko-pielgrzymki do do Miasta, z obowiązkowym pobytem u Matki Boskiej Ostrobramskiej. Wkładał to sporo energii, bo zabiegał, aby wyjazdy te były tanie i dla każdego chętnego. I były, dzięki jego sprawności.
Jeden, fatalny wyjazd do Wilna , zakończył się tragicznie : w towarzystwie tamecznych przyjaciół, spożywał-był senator wieczerzę i jak powiada gędżba, zachłysnął się w jej trakcie, pono kołdunem, albo cepelinem – ja tak do końca nie wiem. Nastąpiła gwałtowna utrata świadomości, zatrzymanie pracy serca, przewieziono go do lokalnej kliniki, gdzie mimo starań (?), po dwóch tygodniach umarł i pochowano go z wielką czcią i nabożeństwem – bo dobrze zapisał się w ludzkiej pamięci – w mieście Sz. gdzie mieszkał, rozpoczął i tak skończył karierę.
Powyższa opowieść zmierza do tego, że można z nią lecieć znów do alternatywnej historii, tym razem dziejącej się – dajmy na to – na naszych oczach przecudnej urody.
Wpada któregoś dnia do Warszawy pastor Achim Gauck z … no – osobą towarzyszącą.( I nie ma co się chichrać, to nie Guido Westrwelle ) i podejmują go państwo prezydentostwo kameralną, prywatną kolacyjką. Krząta się i troi pani nasza Anna prezydentowa, po kuchni belwederskiej , ponieważ pan nasz, jak to on , gdzie oklapł, tam spoczął. Skrzętna gospodyni błyskawicznie dokonawszy przeglądu lodówki, wyciąga co tam jeszcze ma i zostało z tygodnia : a to przywiędłą cebulkę , niezjedzony boczek – sorry – bekonik, kiełbasinkę drugiego obiegu , serek żółty tarty ,albo w plasterkach – ten wiesz – olejopochodny, przygarść suszonego czosnku , potem kilkoma zręcznymi ruchami, 1,5 kg ziemniaczków migiem obiera. I kroi je w grubsze plastry, a na patelkę suche rzuca, a przysmaża, zaś na drugiej patelni, skwierczy bekon z kiełbasą, cebulką i czym tam jeszcze chata bogata. Na koniec połączywszy obie zawartości, doprawia je czosnkiem – szczęśliwie krajowym, nie żadnym kitajskim , posypuje serkiem, jakimś oregano, soleńką, pieprzydłem i zieloną pietruszką, i podaje ten popularny wśród niemieckiego chłopstwa z NRD – eintopf , z wiejskim kisz-ogórkiem , piwem : żywczykiem okocim spojrzeniu, czy wojakiem -militarystą. Siedzą , jedzą, złota cytra gra przemiłą melodyjkę, a adiutant bierze litra i odbija sprytnie szyjkę. Aliści chwila nieuwagi …
Jeden, jedyny zbyt łakomie łyknięty kęs : nim dyżurna baba w pogotowiu rozpatrzy, że to nie żart, nim odpali karetka, nim opanują polskie bezhołowie, trzask-prask , pani Kopacz zostaje panią prezydentką RP. Wpierw, konstytucyjnie, zgodnie z literą : nie dość ,że na razie p.o. , to i z P O. Resztę można sobie dośpiewać, albowiem dziś na topie jest opowiadać alternatywne historie.
Ps : Oczywiście, nie jest intencją ałłtora, posyłanie Jego Excelencji Pana Prezydenta, wprost, w ramiona Opatrzności. Niech nam żyje jak najdłużej, nawet tam, gdzie pasjami lubi – w Budzie. Jasne, że Ruskiej Budzie. Sto lat, z dokładką na wszelki wypadek.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)