Jakiś czas temu Artur Boruc rozesłał wici po dziennikarzach, że chciałby jednak grać w kadrze pana Dyzmy. Oczywiście żurnalisty nie zawiodły - połknęły haczyk i przez kilka dni serwowali newsa, że Boruc w kadrze być musi, bo przecież poza Szczęsnym nie ma nikogo kto by regularnie grał. Smuda oczywiście w swoim stylu olał Borubara, a media podniosły lament, że na Euro pojedziemy bez bramkarza (rezerwowego). Od tego czasu sporo się zmieniło na niekorzyść Boruca. Przede wszystkim w piłkę zaczął znów grać Tomasz Kuszczak (tak, ten sam któremu bramkarz z Wenezueli strzeliła gola z 578 metrów). Kuszczak zagrał w nowym klubie już osiem spotkań, zawalił tylko jednego gola (w debiucie), zaś od tego czasu regularnie zbiera dobre recenzje, a Watford zanotował niebywałą (jak na nich) serię 7 spotkań bez porażki. Kolejne złe wieści dla Borubara napływają z Holandii. Przemysław Tytoń, który jest jednym z ulubieńców Smudy znów zaczyna grać regularnie w zespole PSV. Tym samym Boruc stracił swój główny argument za wyjazdem na Euro – przestał być jedynym konkurentem Szczęsnego, który gra regularnie w piłkę.
Kto najbardziej żałuje takiego obrotu sprawy? Paradoksalnie, zapewne nie jest to Boruc, po którym tego typu rzeczy zwyczajnie spływają. Najbardziej niepocieszeni będą dziennikarze, którzy już od dawna nauczyli się, że łatwiej zarobić na pisaniu o tym co dzieje się wokół piłki niż o samej piłce. Boruc zawsze był wdzięcznym tematem, bo a to pokazałby się z nową laską, nowym tatuażem albo choćby hamburgerem w gębie. A tak, zamiast pudelkowych newsów dostarczanych przez Boruca media dostaną w najlepszym razie Tomasza Kuszczaka z jego nieśmiertelnym „jestem zawodnikiem Manchesteru United”, choć znając Smudę bardziej prawdopodobny jest wariant z ministrantem Łukaszem Fabiańskim.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)