3 obserwujących
170 notek
71k odsłon
1204 odsłony

Internacjonalizm restauracyjny w epoce słusznie minionej

Wykop Skomentuj130

Pierwszy raz w restauracji byłem z Matką, gdzieś tak w połowie lat `60 ub. wieku. Była to albo „Słowiańska” (przy ul. Puławskiej, niedaleko ul. Malczewskiego, obecnie restauracja „Stary Dom”), albo też restauracja „Szeherezada” ( nad Parkiem Morskie Oko, obecnie restauracja „Halka”).

Polubiłem restauracje, gdyż posiłki były tam zdecydowanie inne niż domowe. W domu, jeśli jadłem rumsztyk czy brizol, to o tym nie wiedziałem, a w restauracji nazwy potraw, nawet w przaśnym, socjalistycznym menu, brzmiały wręcz magicznie, choć ich składniki i smaki pozostawiały wiele do życzenia. Cóż mogło się równać z niesmacznym indykiem w maladze :-)))?

Polubiłem restauracje, tym bardziej, że pod koniec liceum i na studiach miałem już paru serdecznych kumpli, którzy dzielili moje kulinarne zainteresowania.  

W czasach „ascetycznego” Gomułki i „konsumpcjonistycznego” Gierka funkcjonowało w mieście stołecznym kilka „bratnich restauracji”, które miały krzewić internacjonalizm kulinarny wśród ludności krajów obozu socjalistycznego.  

W latach `70 w kilku z nich bywałem. Chciałbym tu przywołać te gastronomiczne wspomnienia.  

Niewątpliwym „numero uno” był „Szanghaj” na Marszałkowskiej, niedaleko MDM. Mówiło się, że Ambasada CHRL miała ten lokal w szczególnej opiece, dostarczając mu od czasu do czasu oryginalne chińskie półprodukty. I nie mam tu na myśli tylko sosu sojowego. „Szanghaj” na szczęście nie prowadził działalności artystycznej (dancingi), więc można się było skupić na kulinariach. Na szczególne miejsce w mojej pamięci zasłużył „Ryż Rozmaitości” (najtańsza potrawa do najedzenia się), „Kaczka po seczuańsku” i „Sałatka z meduzy” (pycha!!!). Popijało się to zwykle piwem, a w sprzyjających okolicznościach finansowych – winem ryżowym lub mocniejszymi, egzotycznym napitkami w rodzaju „Żmijówki”.  

Całkiem niezły był też „Budapest” (Cristal Budapest) przy Marszałkowskiej, gdzie mieści się obecnie edukacyjna i ekspozycyjna placówka IPN. W „Cristalu” były, niestety, dancingi, ale szkody moralne nimi spowodowane wynagradzały z powodzeniem; zupa gulaszowa, placki ziemniaczane z gulaszem i płonące naleśniki z czekoladą. A do tego oryginalny, rozlewany na Węgrzech Bikaver i tokaje…  Palinki jeszcze wtedy nie odkryłem ;-).

Swoistym fenomenem była „Hawana” na rogu Marszałkowskiej i Pięknej. Kuchnia była iście fidelowska (wieprzowina i fasola), ale do „Hawany” chodziło się napić, a nie najeść. Barman, Orlando, był fachowcem wykształconym jeszcze podczas boomu turystycznego Kuby za Batisty. Jego klasyczne koktajle na białym lub ciemnym rumie Havana Club, były powiewem wielkiego świata i dobrego smaku w gierkowskiej rzeczywistości. Miłośnicy Hemingwaya mogli wreszcie skosztować tego, czym Mistrz pałę zalewał.  

Były inne placówki internacjonalistycznej gastronomii, które jednak nie zapisały mi się we wdzięcznej pamięci. „Trojka” w PKiN (nie mylić z Trójką na Myśliwieckiej) „Sofia”, a nawet „Berlin”. Był też wietnamski „Ha Long” na Placu Grzybowskim. No i był „Bar Praha” naprzeciwko CeDeTu, przemianowanego później na CeDeD ;-)!  

Więcej grzechów nie pamiętam… :-)))


Wykop Skomentuj130
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości