Największym absurdem pierwszych, kluczowych dni po uderzeniu żywiołu była opieszałość władz w Katmandu. Mimo setek ofiar i tysięcy zaginionych pod zwałami mułu, nepalski rząd biurokratycznie blokował przyjęcie zagranicznych misji ratunkowych. Zamiast natychmiastowej koordynacji, wygrał strach przed utratą wizerunkowej kontroli. Odpowiednie zgody wydano dopiero pod gigantyczną międzynarodową presją dyplomatyczną, bezpowrotnie tracąc czas na ratowanie uwięzionych.
Podobnie wygląda kwestia wczesnego ostrzegania, którą pogrzebała przestarzała infrastruktura i geopolityka. Systemy monitorujące rzeki zostały zmyte, zanim zdążyły wysłać sygnał alarmowy. Z kolei transgraniczny przepływ informacji kryzysowych został sparaliżowany przez polityczne napięcia – m. in. ścisłą cenzurę Pekinu na granicy z Tybetem, co praktycznie uniemożliwiło sprawną ewakuację zagrożonych dolin.
Obecnie wchodzi w życie kolejny akt tego dramatu: konflikt o pieniądze. Koszty odbudowy szacuje się na 4-5 miliardów dolarów. Rząd centralny próbuje zmonopolizować zarządzanie zagranicznymi funduszami pomocowymi, traktując to jako swoją wyłączną kompetencję. Z kolei lokalni samorządowcy, widząc potrzeby na miejscu, domagają się sprawczości i grożą otwartym buntem administracyjnym.
Zamiast zjednoczyć się w obliczu tragedii, nepalskie instytucje systematycznie przerzucają się odpowiedzialnością za rozmiar katastrofy. To instytucjonalny bezwład, przez który widoki na szybką odbudowę drastycznie maleją. Nepalczycy przegrywają dziś nie tylko z naturą, ale przede wszystkim z paraliżem własnego państwa.


Komentarze
Pokaż komentarze