Współczesne kryzysy, jakie spotykają Francję, można określić „problemami Starej Europy”. Składają się na nie liczne czynniki i wszystkie są ze sobą mocno powiązane. Najbardziej rzucającym się w oczy są protesty studentów, je jednak warto zachować na później, genezą bowiem tego wystąpienia jest inna bolączka Paryża – szeroki kryzys społeczny. Tutaj hasło, które tłumaczyłoby sytuację Francuzów i od razu może się nasuwać, to „migracja”, jednak byłoby to ogromne uproszczenie. Migranci sami w sobie rzadko stanowią źródło napięć, lecz to sposób ich integracji w ramach szerszej społeczności rodzi niepokoje. Rząd w Paryżu po bolesnej dekolonizacji i próbach utrzymania imperium kolonialnego w wojnach z Algierią wiedział, że bez dostępu do nieograniczonych zasobów naturalnych i ludzkich kolonii nie będzie w stanie utrzymać pozycji globalnego gracza. Stąd narodziła się koncepcja kolonizacji ekonomicznej, gdzie nowo powstałe państwa były suwerenne politycznie, lecz dla przeciętnego mieszkańca bardziej opłacała się migracja do byłej metropolii, a lokalne biznesy musiały konkurować ze światowymi korporacjami o francuskim rodowodzie.
Oba te czynniki – ludzki i korporacyjny – zachęcały coraz większe rzesze ludzi do wyjazdu za granicę. Nad Sekwaną ta sytuacja była korzystna, zasilała bowiem gospodarkę i zmniejszała dół demograficzny wynikający ze zmian kulturowych. Polityka migracyjna opierała się jednak na nieprzemyślanej strategii, doprowadzając nie do asymilacji imigrantów z francuską mentalnością, lecz do tworzenia się dzielnic i regionów danej mniejszości. Tam z powodu mniejszych zarobków i alienacji społecznej nie dochodziło do awansu, ale do nasilającej się przemocy i niechęci do otoczenia. We Francji powstały więc dwie prędkości: pierwsza – rdzenna, o większym kapitale, ale topniejąca w oczach – oraz druga, rosnąca z dnia na dzień.
Z tego krótkiego obrazu sytuacji migracyjnej nie wynika więc, że to migranci odpowiadają za problemy szkolnictwa, stanowią oni bowiem odrębną społeczność. Problem leży w pierwszej prędkości, a konkretnie w tym, że ona topnieje. Społeczeństwo rodowitych Francuzów dotyka problem nadreprezentacji starszych pokoleń nad młodszymi, czemu sprzyja system demokratyczny. Politycy zwracają się bowiem do wyborców, a nie do tych, do których należy przyszłość. To osoby starsze gromadzą kapitał, podczas gdy młodzi muszą się zadowolić obietnicą uzyskania czegokolwiek dopiero po tym, jak ukończą edukację. I jaki jest stan tej edukacji? Nierówny.
Z jednej strony Francja wydaje na edukację ponadprzeciętnie w stosunku do innych europejskich krajów. Z drugiej strony widać to tylko w dużych miastach, podczas gdy prowincja jest marginalizowana. Spełnienie wcześniej wspomnianej obietnicy jest tym mniej wiarygodne, im większe braki widzą uczniowie – w kadrze nauczycielskiej, w pomysłach na program nauczania i w końcu w samych perspektywach na przyszłość. Nie powinniśmy więc patrzeć na protesty, które miały miejsce na francuskich ulicach, wyłącznie przez pryzmat niezadowolenia z nauczania. Jest to raczej wyraz frustracji z powodu życia, jakie czeka tych, którzy dopiero je zaczynają. I tutaj te dwie prędkości się spotykają – rodowita francuska i pochodząca z zagranicy. Jedni i drudzy mają oczekiwania i pragnienie normalnego życia, którego uzyskanie staje się niezwykle trudne. Dlatego pierwsi protestują, chcąc poprawy swojej sytuacji, a drudzy wykorzystują zamęt i starają się ugrać coś dla siebie (choć nie dotyczy to oczywiście wszystkich migrantów). Każdy ma oczekiwania, które sprowadzają się do jednego: potrzebne są większe wydatki, aby zaspokoić potrzeby wszystkich. Tak dochodzimy do kataru zarażającego całą Europę.
Francja od dekad notuje zadłużenie gospodarki powyżej 100% PKB. Rzecz niepojęta dla większości z nas, jednak w realiach współczesnych gospodarek jest to zjawisko typowe. Choć tak wysoki stopień obciążenia kredytowego jest hamulcem rozwojowym, niekoniecznie od razu przekształca się w katastrofę. Najważniejsze w takiej sytuacji jest utrzymanie przez państwo zdolności do spłacania odsetek oraz zaufania inwestorów zagranicznych. Póki będą oni kupować państwowe obligacje i finansować dług publiczny, Francja nie zbankrutuje. Czas jednak dobiega końca. Wraz z kończącą się prezydenturą Emmanuela Macrona oraz ogólnym chaosem po przyspieszonych wyborach parlamentarnych, w wyniku których z ogromnym trudem i w bólach „kreatywnego” wykorzystywania konstytucyjnych zapisów, udało się uchwalić budżet na nadchodzący rok, sytuacja dłużna państwa wygląda niepokojąco. Francuska gospodarka – tak jak cała Stara Europa – rosła na tyle wolno, że przy malejącej stabilności Francja przestaje być wiarygodnym dłużnikiem. Dochodzi do tego kolejny mankament w postaci wydatków socjalnych, uznawanych za świętość we francuskim społeczeństwie. Usunięcie choćby jednego z nich oznacza koniec kariery politycznej każdego, kto się tego podejmie, dlatego brakuje chętnych do objęcia posady ministra finansów.
Teraz, kiedy protestujący składają wnioski o zwiększanie wydatków na edukację, a państwo nie może bezpiecznie się zadłużać, powstaje impas szkodzący całej gospodarce. W takiej sytuacji klasycznym działaniem ratunkowym bywa dewaluacja i spłacenie długu tanim pieniądzem kosztem inflacji. Francja nie posiada jednak własnej waluty – jest członkiem strefy euro i podlega Europejskiemu Bankowi Centralnemu. EBC już od ponad dwóch lat monitoruje sytuację we Francji i dostrzega niepokojące podobieństwa względem Grecji.
Grecja stanowi w potocznym rozumieniu przykład „państwa długu”, które próbowało ratować się wspólną walutą, kłamiąc przy tym o stanie swoich finansów. Kiedy to wyszło na jaw, w 2012 roku doszło do kryzysu strefy euro, podczas którego wielu analityków wróżyło upadek europejskiej waluty. Dzięki zdecydowanym ruchom EBC udało się temu zaradzić, lecz obecnie, kiedy nad Francją – drugą gospodarką UE – zbierają się podobne czarne chmury, powracają mroczne scenariusze sprzed ponad dekady. Brak możliwości dodruku pieniędzy, ogromna skala gospodarki Francji, której nie da się „wykupić” cudzymi pakietami ratunkowymi jak w wypadku małej Grecji, oraz wewnętrzny chaos w Paryżu sprawiają, że Francja kicha – kicha intensywnie i przeraźliwie. Kicha w kierunku Brukseli, EBC i całej eurozony. Wszystkim pozostało tylko wpatrywanie się z przerażeniem w termometr i zastanawianie się, czy właśnie nie zaczyna się największy kryzys w historii strefy euro.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)