Ten wpis tak naprawdę nie jest poświęcony głównie zacnemu premierowi primus inter pares Tuskowi, tylko pewnej kwestii w polityce zagranicznej. Ale co tam! Pozwólmy sobie czasem z radosną bezmyślnością nacieszyć się odrobinę wolnością słowa, o którą z takim poświęceniem walczyli z opresyjnym systemem nasi ojcowie. Wyobraźmy sobie Chińczyka, który zatytułowałby wpis na swoim blogu: Hu Jintao jest głupi. Pewnikiem szybko skończyłby w jakimś obozie reedukacyjnym. W Rosji też nie dzieje się za dobrze pod tym względem. Choć Putina szanuję jako polityka, to nie popieram jego metod polegających na zastraszaniu dziennikarzy, którzy mu przeszkadzają. Myślę, że w oczach Rosjan jego polityka broni się sama i nie straciłby bardzo, gdyby trochę poluzował ten gorset.
Muszę zaznaczyć w tym miejscu, że od poprzedniego wpisu o wyśmiewaniu Kaczorów nie zmieniłem zdania ani na jotę. Wszystko wskazuje na to, że socjologiczne zjawisko polegające na pogardliwym odnoszeniu się do tych dwóch wielce szkodliwych polityków jest pożyteczne i zapewne szybko minie, gdy znikną z życia publicznego te dwa obiekty tej specyficznej nagonki. Jak zauważyłem, gros miłych antykaczystów to jednocześnie bardzo oddani zwolennicy Tuska, którzy złego słowa o swoim liderze nie dadzą powiedzieć. Dlatego nawet mi trochę przykro, że może być im przykro, że dzisiaj właśnie tak piszę. Ale ja jako zwolennik trzeciej opcji mogę sobie swobodnie pozwolić na podszczypywanie obu głównych dziś konkurentów do rządu dusz i muszę powiedzieć, że jest to bardzo komfortowa pozycja - zalecam wszystkim jej wypróbowanie. Przy czym ja bez zmrużenia okiem skrytykuję nawet SLD, gdy postępowanie tej partii mi się nie spodoba. Dla mnie ważne są lewicowe idee, a partia ma służyć mi, a nie ja partii.
I jeszcze jedno zastrzeżenie zanim przejdę do meritum. Moje dzisiejsze uwagi do Tuska w żadnym razie nie dotyczą jego predyspozycji do objęcia urzędu prezydenta. Te zawsze oceniałem u niego wysoko i w drugiej turze najprawdopodobniej zagłosuję właśnie na niego. On ma w sobie nieskończone pokłady uroku osobistego. Nie należę do osób uczuciowych, ale gdy ostatnio zobaczyłem w telewizji premiera, który z zupełnie nieudawaną radością ogląda otrzymany właśnie w prezencie od siatkarzy złoty medal i z pewną taką nieśmiałością pyta czy to na zawsze... Po prostu odjazd. Normalny widz (nie jakiś zapiekły kaczysta) po prostu rozpływa się przy takich scenach. Kaczor w takiej sytuacji na pewno tylko by capnął ten medal ze swoim wrednym uśmieszkiem. Skormność Tuska jest swojska a jednocześnie nie pozbawiona pewnej wytworności w czym przypomina mi on trochę Jolantę Kwaśniewską wymienianą czasem również w kontekście wyborów prezydenckich. Przyjęcie wizerunku łagodnego męża stanu kierującego się polityką miłości było zaiste genialnym posunięciem Tuska. Nadchodzące czasy będą premiować właśnie takich koncyliacyjnych polityków. Jako prezydent będzie mógł w pełni te swoje atuty wykorzystać. Oczyma wyobraźni widzę Tuska odwiedzającego różne regiony kraju i radośnie witanego przez tłumy. Tak kochanym przez tłumy prezydentem był John Kennedy w USA. Szczerze więc życzę Tuskowi by został takim polskim Kennedy'm. Oczywiście ze szczęśliwszym zakończeniem.
Niniejszy wpis został zainspirowany tematyką mniej podniosłą, ale nader poważną. Zatytułowałem go tak by w miarę dosadnie, jednak bez złośliwości, zaznaczyć, jaki problem widzę w Tusku. Głównym problemem Tuska jest brak decyzyjności. Są też inne problemy, choćby to, że jest on zbyt dobroduszny jak na szefa rządu i dlatego nie może wystarczająco mocno zmobilizować swoich ministrów do pracy. Towarzystwo spoczęło na laurach i chyba tylko jeden Michał Boni tam dwoi się i troi, pracując za wszystkich (warto poczytać wywiady z tym politykiem), ale przecież długo tak się nie da, no i w końcu sam Boni nie wytrzyma tej presji. Wróćmy jednak do problemu z decyzyjnością, czyli do tytułowego braku jaj u Tuska. Do tej uwagi zainspirowały mnie ostatnie dyskusje na temat naszej misji wojskowej w Afganistanie. Od razu jednak chciałbym podkreślić, że nie - wcale nie chcę tu kolejny raz domagać się od naszych władz czy Tuska w szczególności wycofania się stamtąd. Argumenty za wycofaniem się podałem już we wpisie Tusku, musisz! Wycofać się z Afganistanu i nie zamierzam nikogo zanudzać powtarzaniem się.
Nie bądźmy naiwni. Misja wojskowa to nie piaskownica, z której zabieramy zabawki i wychodzimy, gdy przestanie nam się podobać. Poza tym są także argumenty za pozostaniem tam. Przy zręcznej dyplomacji prestiż, jaki uzyska Polska, rzetelnie wykonując obowiązki sojusznicze w ramach NATO, można dobrze wykorzystać. Nie ma też co się oszukiwać. Dążenie do poprawy stosunków z Rosją powinno być priorytetem polskiej polityki zagranicznej, ale i tak będzie to proces, który jeszcze trochę potrwa. Realizm dyktuje prowadzenie polityki zbalansowanej, dopóki nie nastąpi wyraźna poprawa stosunków z Rosją. Do skomplikowanej układanki zależności, z których część implikuje decyzję wycofania się, a część - pozostania, dochodzi wewnętrzna dyskusja związana z problemem niedofinansowania armii, nieporozumień między MON a armią oraz ze społecznym zniecierpliwieniem spowodowanym kolejnymi ofiarami śmiertelnymi.
Co w tej sytuacji robi Tusk? Tak, zgadli Państwo. Nic. Wysyła przed kamery Bogdana Klicha, którego wątła osobowość jest zaprzeczeniem ministra obrony narodowej, albo Radka Sikorskiego, co do którego możemy tylko mieć nadzieję, że jego niejasny osobisty interes jest zbieżny z interesem Polski. To Sikorski był ministrem obrony narodowej, gdy w 2006 r. podejmowano decyzję o wysłaniu wojska do Afganistanu i w swoich wypowiedziach w pełni tę decyzję firmował. Do dziś jest on zdeklarowanym zwolennikiem tej wojny i lobbuje za zwiększaniem zaangażowania w tę wojnę także na europejskich salonach. Z Afganistanem związany jest osobiście, w latach 80. przebywał tam przez dłuższy czas jako korespondent (przynajmniej oficjalnie jako korespondent). Wiemy z ostatnich wypowiedzi, że Bronisław Komorowski, jeden z ważniejszych (i bardziej sensownych) przedstawicieli obecnie rządzącej ekipy uważa z kolei, że decyzja o wysłaniu wojsk do Afganistanu była błędem. Powstaje ważne pytanie, czy w tej sprawie premier Tusk w ogóle ma coś do powiedzenia i czy ma jakieś zdanie na ten temat.
Na koniec wypada, żebym napisał, czego w takim razie oczekiwałbym w takiej sytuacji po premierze z jajami, gdybyśmy takiego mieli. Otóż, chciałbym, żeby mój premier nie chował głowy w piasek. Chciałbym, żeby korzystając ze wszystkich narzędzi, jakie mu daje jego władza, także z dostępu do informacji zastrzeżonych dla zwykłych śmiertelników, starannie przeanalizował sytuację. Chciałbym wreszcie, żeby stanął przed narodem i mocnym pewnym głosem oznajmił, że - dajmy na to - za 6 miesięcy wychodzimy z Afganistanu. Albo że podjął decyzję o pozostaniu i zwiększeniu kontyngentu - powiedzmy - o 5 tysięcy żołnierzy. Żeby uzasadnił swoją decyzję bez kręcenia, nerwowych uśmieszków i drapania się po głowie. Żeby wziął za tę decyzję pełną odpowiedzialność przed wyborcami i historią. Tak zrobiłby premier z jajami i prawdziwy mąż stanu.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)