„Przynieśli z Majdanu" - poemat
No, to jak na trzeci dzień nic nie było wiadomo to ja już wiedziałem, że dobrze to nie jest.
Oj nie.
Nie było go nigdzie.
A potem zadzwonili. Ktoś zadzwonił. Urząd jakiś chyba. Matka nieszczęśliwie akurat odebrała.
I trzeba było pogrzeb robić na szybko.
Trumny otworzyć nie pozwolili to zebraliśmy się my, cała nasza rodzina nad tą trumną na amen zabitą ćwiekami.
Przyjechali nasi zewsząd.
Nawet wujek przyjechał. Alkoholik.
Ręce mu się trzęsły, cały się trząsł aż nim targało we wszystkie strony.
Zawołałem go na bok i dałem mu setkę z tej wódki, co na stypę mieliśmy.
Mówię „Wypij, wujku – lepiej będzie!”
„Wytrzymam” - tak powiedział mi On. I więcej gadać nie chciał.
To stoimy my tak nad tą trumną zabitą i nad tym dołem otwartym.
I nikt nie wie, co powiedzieć.
Bo co tu mówić?
O tym życiu młodym? O tym, że wszystko jeszcze przed nim było? O tej dziewczynie?
Albo o może tym, że wnuków już nigdy nie będzie?
Albo o tych „sprawcach nieznanych”, którzy teraz pewnie piersi do medali wystawiają?
Albo o tych lekarzach, co to żaden się nie chciał podpisać na akcie zgonu a i pewnie ratować człowieka się nie odważył, gdy trzeba było?
Co tu mówić?
Tylko babcia, co to niejedno już widziała i życie zna, wstała o dwóch laskach i przez zęby wycedziła, ale tak, że każdy słyszał.
Słowo jedno powiedziała: SKURWYSYNY!
Tylko czy to na nich czy na nas wszystkich było?
I tak my żeśmy jego pochowali.
No i tak – koniec już naszego poematu


Komentarze
Pokaż komentarze (1)