MU, historii nie stworzył, ale nie zrobiła tego też Barcelona.
Po przeciętnym finale LM, w którym obie drużyny nie pokazały wielkiej piłki, wygrała Barcelona, która tego dnia była lepsza, i bardziej dsponowana strzelecko.
Całe analizy przeprowadzone w dniu finału przez niektóre portale przyznające przewagę Man U wzięły włeb, na skutek indywidualnych błędów obrońców i bramkarza. O ile przy pierwszym, można jeszcze uznać że zwiność Eto, wzięła górę nad zwrotnością stoperów ManU, to drugiego gola, którego strzelił - a właściwie piłka odbiła się od niego w locie w powietrzu Messi. Nie tłumaczy już nic. Przy tej przewadze fizycznej, jeśli chodzi o wzrost obrońcy MU powinni po prostu wybić piłkę. Nie popisał się też bramkarz przyspawany do linii.
To tyle jeśli chodzi o sam mecz. Finał który niespecjalnie zostanie zapamiętany. Bo nie było to wielkie widowisko, ciekawsze odbywały się wcześniej. Choćby mecz Chelsea Liverpool. Były bramki walka i dramaturgia.
Tutaj tylko bramki, żadnej dramaturgi w spotkaniu nie było, a o walce w meczu głównie ze strony MU, powiedzieć można tyle że w końcówce spotkania zawodnikom CZerwonych Diabłów zaczęły puszczać nerwy i zaczęli faulować.
Przysnął również Alex Ferguson, który po straconym przez Manchester golu nie potrafił odpowiednio dopasować taktyki tak żeby zmienić obraz gry. Może też miał słabszy dzień.
Bracelona zaś praktycznie wykorzystała swoje setki i dlatego wygrała finał. Nie pokazała nic zachwycającego. Nie było porywających akcji po których nie padały bramki, nie było tempa - choć tego trudno oczekiwać po całym sezonie zmagań, nie było błysku, i wyróżnienia się na tle MU, były dwa gole.
Dwa zero i tyle.
Oby za rok było zdecydowanie więcej emocji.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)