Wiele sukcesów i porażek polskich sportowców i polskiego sportu przez cały okres funkcjonowania jako świadomy kibic było mi dane oglądać. Część na żywo część z odtworzenia, z fragmentów, kilka takich których oglądanie zacząłem w połowie lub pod koniec, nie mogąc nawałem obowiązków pozwolić sobie na podziwianie zmagań naszych sportowców, od początku do końca.
Wczoraj tak się złożyło że też nie mogłem. Ale zupełnie nie wiem dlaczego na długo długo przed biegiem narciarskim kobiet na 30 km, byłem pewien, że to Justyna Kowalczyk stanie na najwyższym stopniu podium i odbierze złoty medal olimpijski.
Pewność tą uzasadniałem poprzednimi występami, trochę pechowo przegranym złotem w sprincie, na zjeździe zaraz przed stadionem. Fantastycznie wywalczonym medalem brązowym, w biegu łączonym, oraz całym sezonem pucharu świata, w którym Polka dzieli i rządzi.
Mimo wszystko oglądając dzisiejszego poranka retransmisję biegu kobiet, a także słuchając komantarza do finiszu tegoż biegu, autorstwa już chyba legendarnego Tomasza Zimocha, towarzyszyło mi to wrażenie "klusków w gardle" o którym powiedział kiedyś trener Otylii Jędrzejczak, podczas finiszowych metrów wyścigu pływackiego w którym Otylia zdobyła złoty medal.
Choć znając wynik, mogłem spokojnie i bez nerwów, i emocji oglądać bieg, to jednak finisz i sam bieg powodował że radości, prowadzącej do szklenia się oczu nie było końca. Tak już po prostu mam jak nasi wygrywają, lub zajmują miejsca "na pudle" Głos się łamie i właściwie nie można powiedzieć nic, choć wyraz twarzy mówi sam za siebie, a w środku człowiek wprost szaleje z radości.
Dzięki niektórym polskim sportowcomw w Vancouver "klusek w gardle" nie brakowało.
Z tej okazji wypada sobie życzyć, żeby w pozostałych 10 miesiącach bieżącego sportowego roku, było ich jak najwięcej.


Komentarze
Pokaż komentarze