Ludzie którzy oglądali z trybun mecz finałowy Pucharu Polski, pomiędzy Legią Warszawa, a Lechem Poznań strzelili sobie bramkę samobójczą. Ta bramka o wiele bardziej zabolała Lecha Poznań, który mecz przegrałw karnych niż Legię, która mecz wygrała, tym samym zapewniając sobie start w przyszłym sezonie w europejskich pucharach i to dopiero od III rundy eliminacyjnej - co dla polskich klubów ma ogromne znaczenie, jako że wtedy trafienie na przeciwnika z trudnego klimatycznie terenu, i coraz trudniejszego piłkarsko, o czym mogła się w obecnym sezonie przekonać Wisła - przegrana z Karabachem - i Lech dwumecz wygrany w karnych z Interem Baku.
Ale wrócmy do naszego samobója. Brzydkie określenie, ale prawdziwe. Od meczu Lech Poznań, Legia Warszawa, na którym to wywieszono transparenty wymierzone w Gazetę Wyborczą, jej naczelnego Adama Michnika, oraz rząd Donalda Tuska, trwała gorączkowa krzątanina w okół tematu kiboli, lub pseudokibiców jak o tych ludziach mają w zwyczaju pisać pseudoredaktorzy. Nie przypadkiem transparenty te pojawiły się właśnie na tym meczu. Lech Poznań i władze miasta Poznania, głównie prezydent Grobelny, są od dawna atakowane w serii artykułów, za to co dzieje się na trybunach stadionu Miejskiego w Poznaniu na którym gra Lech, i za związki pomiędzy ratuszem, a liderem Wiary Lecha "Litarem". Ale także za kryminogenne związki i osób które do Wiary Lecha należą. Czy należały. Sytuacja zaogniła się po incydencie na meczu z Wisłą Kraków, kiedy to grupa bandytów z sektoru Lecha Poznań, przebiegła przez całą trybunę wzdłuż bocznej linni boiska, by wszcząć awanturę z grupą bandytów z sektoru Wisły Kraków, która to grupa była akurat zajęta demolowaniem sektoru gości na stadionie w Poznaniu, odpalaniem rac i petard. Na szczęście do walki nie doszło. Ale stadion został oszpecony ogrodzeniami za bramkami, i przestał przypominać stadion na poziomie europejskim.
Następnie ujawnione zostało dość nieprzyjemne ale i nie do końca jasne nagranie w którym to pokazano, jak wspominany już Litar z bliżej nieokreślonymi towarzyszami, zachowuje się agresywnie wobec innego mężczyzny na trybunie za bramką, a także wobec kobiety która temu mężczyźnie towarzyszyła. Stało się to podczas meczu reprezentacji Polski z Kamerunem rozgrywanym na stadionie w Poznaniu. To że sam stadion w kwestii bezpieczeństwa od samego początku nie był wybudowany to jeszcze inna sprawa, na szczęście skończyło się to jedynie ograniczeniem publiczności na mecz w Lidze Europy ze Sportingiem Braga. Choć ta sprawa moim zdaniem śmierdzi na odległość. Jako że wnioski z raportu trafiły do Lecha na około tydzień przed meczem ze Sportingiem, a sama wizytacja, której raport był efektem miała miejsce dwa miesiące wcześniej. Ktoś w UEFA się nie spieszył, i tym samym pozbawił Lecha zysku z około 15-20 tysięcy wejściówek. Jakieś pół miliona złotych. jak na polskie warunki piłkarskie, pieniądze może już nie ogromne, ale spore.
Jednocześnie kibice Lecha potrafili - i trzeba im to przyznać i pogratulować - wzorowo wręcz zachowywać się na trybunach stadionów Europy, zarówno w fazie grupowej jak i eliminacyjnej pucharów, a swoim zachowaniem, dali powód kibicom z Anglii, głównie Manchesteru City, do zabawy, którą kibice na wyspach określili mianem "Let's do the Poznan". Samo zachowanie i powiedzenie stało się na tyle popularne, że nawet trener Lecha Jose Maria Bakero, przyszedł na jedną z konferencji prasowych w koszulce z takim hasłem.
Nie inaczej jest na Legii, najpierw kibice po przegranym wyjazdowym meczu z GKS Bełchatów, zbluzgali z trybun zawodników. Ja po prostu uważam że zastraszali.
Następnie "przywódca" tejże bandy, niejaki "Staruch" - znany z tego że po śmierci Janusza Wejcherta, jednego z współwłaścicieli Legii Warszawa ze strony ITI, intonował na trybunach przyśpiewkę "Jeszcze jeden, jeszcze jeden" mając zapewne na myśli Mariusza Waltera - bo Legia wtedy gola nie strzeliła, uderzył po meczu Jakuba Rzeźniczaka, piłkarza drużyny Legii Warszawa. I tak jak po przyśpiewce miał już nie pojawić się na trybunach, tak po uderzeniu Rzeźniczaka, ochrona na Legii nawet nie ujęła i nie przekazała policji bandyty. Tak Staruch pojechał na Puchar Polski, a o bilet dla niego starała się nawet Policja. Pomimo tego iż dostał zakaz stadionowy na mecze ligowe. Zabawne prawda?
Dodatkowo Legia została ukarana przez Komisję Ligi za zachowanie "kibiców" na meczu z Polonią Warszawa. Trybuna należąca do tzw Ultrasów, miała zostać zamknięta na mecz ze Śląskiem Wrocław. Ciało odwoławcze z PZPN, cofnęło jednak ten zakaz. I zamieniło kary na finansowe.
Kibiców Legii zaś nie ratuje nic, jeśli chodzi o Europę, bo Legia na całe szczęście w tym sezonie w pucharach nie grała. A przypominać Wilna i zamieszek podczas meczu z Vetrą nikomu nie trzeba.
Ucziciwie należy więc przyznać że ludzie którzy mienią się kibicami z obu klubów zrobili bardzo wiele, żeby nie pisać o nich dobrze czy pisać źle. Jeszcze przed tym jak transparenty wymierzone w Wyborczą i rząd Tuska, pojawiły się na trybunach. I sami dawali amunicję, do tego żeby o nich tak właśnie pisać.
Inną sprawą jest, że podobnie jak w sprawie ze "zwalczaniem dopalaczy", tak samo i w sprawie walki z bandytami na stadionach - nagle w prasie zaczęło pojawiać się mnóstwo doniesień, o tym że tu i tam mają miejsce bandyckie czy chuligańskie ekscesy przy okazji meczów piłkarskich. Celowała w tym oczywiście Gazeta Wyborcza. Czemu nie ma się co dziwić swoją drogą.
Redaktorzy z lokalnego biura, zaczęli nawet grzebać w pozaboiskowych aktywnościach Wiary Lecha, i dopatrzyli się niedopowiedzianego faszystowskiego zagrożenia, w tym że osoby związane z Wiarą Lecha mają zamiar kandydować, do rad dzielnic, w lokalnych wyborach w Poznaniu. W Warszawie niedopatrzono się takiej inicjatywy. Póki co.
Ostatecznym aktem "protestu" kibiców było zachowanie w pierwszych 15 minutach meczu finałowego PP, kiedy to zdecydowana większość z nich opuściła trynuny, wywieszając transparenty o tym że to właśnie tak trybuny będą wyglądać kiedy oni przestaną na stadiony przychodzić Po 15 minutach wrócili, i znów można napisać, że pozna tym że odpalili race i petardy, dopingowali przyzwoicie. Do memendu serii rzutów karnych, kiedy to nastąpiło wtargnięcie ich na bieżnię i za banery reklamowe. Przed tym jak ostatni rzut karny został wykonany. Chodzi tutaj o "kibiców" Legii, która w tym momencie zapewnić miała sobie Puchar Polski. Kibice Lecha pozostali w swoim sektorze. Dla jasności. Osobiście nie mam nic przeciwko temu że kibice po zakończonym meczy wbiegają na murawę cieszą się z zawodnikami, podrzucają ich obściskują, a może nawet dostają od nich koszulki. Jeśli odbywa się to w kulturalnej i zdrowej atmosferze, jest to dla mnie element sportowego widowiska, i wyrażenia radości z sukcesu drużyny. Oczywiście jeśli ma to miejsce w wyjątkowych, takich jak finał PP , czy finał innych rozgrywek okolicznościach.
Niestety radość przerodziła się w bandycką rozróbę z obu stron. I tutaj konkluzja. Zamiast udowodnić zachowaniem że to co o nich piszą gazety i sugerują o nich media, to nie prawda, potwierdzili że tak właśnie jest. Straty oszacowane na 40 tysięcy złotych. To niedużo. Zapłacić PZPN, albo Wiara Lecha, która już się do tego zobowiązała. O wiele większe są straty PR, media od dwóch dni o niczym innym właściwie nie informują, jak o tym co działo się w Bydgoszczy po meczu. Premier ma amunicję do kolejnej ofensywy, występują ministrowie i autorytety moralne, wszystkie ręce na pokład. W sam raz temat na zbliżające się wybory, i sezon ogórkowy.
Ale od bandy troglodytów zakamuflowanej w większej grupie nie należy wymagać myślenia. Więc nie wymagam.
Wojciech Sokołowski.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)