Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego przychylił się do apelu wyartykułowanego przez kilku znaczących dziennikarzy i skorygował swój rozdzielnik dotacji finansowych dla czasopism. Na różnych forach wywiązała się na ten temat dyskusja, również na portalu Salon 24. Niektóre fundacje sformułowały swoj postulaty w tym wzgledzie, np:
-Odpolitycznienie konkursu dotacyjnego;
- Dotowanie realnej zawartości czasopism, czyli nagradzanie merytoryki, a nie zaplecza organizacyjno-ekonomicznego;
- Te dwa postulaty byłyby godne poparcia i mogące odegrać pozytywną rolę w realizacji państwowego mecenatu. Niestety, i one pozostają utopią. Trudno wyobrazić sobie mechanizm prawny, by te postulaty rzeczywiście były spełnione, by nie pojawiła się wkrótce patologia...
Nie ma takiej siły, która zmusiłaby ministra kultury postawionego na tym stanowisku przez określone siły polityczne (premiera) - do pomijania w dotacjach miłych sercu tytułów prasowych i jednocześnie subsydiowania tych mniej miłych. Najtrudniej oddzielić politykę od kultury w słowie pisanym. Wszelki państwowy mecenat w stosunku do prasy (choćby w założeniach jedynie zajmującej się kulturą) - niechybnie wkrótce przeistoczy się w działania typowe dla ministerstwa prawdy, a nie ministerstwa kultury.
Tylko całkowity zakaz finansowego wspierania tytułów prasowych może ustrzec od patologii w tym względzie.
Jednocześnie obserwuje się niesamowitą pogardę rządu do nauk i przedmiotów humanistycznych. Ogranicza się ilość godzin programowych w szkołach, ilość kierunków humanistycznych na uczelniach. Badania podstawowe dotyczące literatury, historii, historii sztuki w Polsce - prowadzone przez instytuty badawcze (w tym PAN) - traktowane są po macoszemu, jako zło konieczne. Nauczyciele akademiccy i naukowcy parający się tymi dziedzinami, to ludzie nawiedzeni, realizujący posłannictwo - usytuowani na samym dole społecznej drabiny (jeśli idzie o zarobki). Zresztą nauczyciele są dostrzegani przez władzę, jako duża grupa zawodowa i nawet rząd przewiduje dla nich podwyżki uposażenia, ale ci, którzy nie maja statusu nauczyciela (choćby z tyt. profesorskim) pracownicy instytutów naukowych - wegetują; ich byt zależy w gruncie rzeczy od zdobycia grantu jakiejś zagranicznej fundacji.
Oczywiście, ten stan rzeczy nie wynika z polityki MKiDN, ale podniesienie poziomu kultury o wiele bardziej zależy od nauki w szkołach, od rozszerzenia kanonu kulturalnego, który człowiek wykształcony powinien sobie przyswoić, od podstawowej wiedzy z literatury, historii, historii - szeroko pojętej narodowej kultury - niż od finansowania, choćby najbardziej ambitnych tytułów prasowych.
Ręczne sterowanie kulturą przez, choćby najbardziej zaangażowanego ministra, nigdy nie zastąpi pracy organicznej, od podstaw. Ten zasadniczy czynnik kulturotwórczy nie może być tylko realizowany przez garstkę nawiedzonych pracowitych współczesnych Judymów realizujących swoje powołanie. Państwo nie może odwracać się plecami od tych zadań. Organizowanie i finansowanie różnych imprez "kulturalnych", festiwali, igrzysk - to działania pozorne, w gruncie rzeczy mające dawać alibi rządowi, że coś dla kultury robi. Subsydiowanie wybranych tytułów prasowych, to jeszcze gorzej, to słabo zakamuflowana robota polityczna.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)