Premier pracowicie rozmawia z przedstawicielkami Kongresu Kobiet (kobiet sukcesu - jak powiedziała jedna moja znajoma z tego związku), z posłankami. Zmeczony jest - wybiera sobie rozmówców bezpiecznych, po co narażac sie na kłopotliwe pytania. Dopiero co musiał brać wszystko "na klatę", gdyż odpowiedzialni ministrowie nawalili i w ramach pokuty siedział 7 godzin na twardym zydelku nie bardzo rozumiejąc,o czym mowa.
Teraz premier "wyjaśnia", przekonuje i na końcu straszy; jakie to ważne - to podniesienie wieku emerytalnego, już za 20 - 30 lat wszyscy to odczują (o ile dożyją). Wtedy będzie problem z siłą roboczą, bedziemy musieli zatrudniać gastarbajterów. Jeżeli nie podniesiemy wieku emerytalnego kobiet o 2 lata i mężczyzn o 5, to trudności ze zbilansowaniem budżetu za tych kilkanaście i więcej lat (premier czuł sie odpowiedzialny nawet za lata sześćdziesiąte) - będą tak wielkie, że już teraz trzeba by było obniżyc wszelkie świadczenia socjalne, obniżyć znacząco emerytury, podnieść znacząco VAT (może jeszcze wyłaczyć ciepło i narysować w wannie kreskę na jednej trzeciej wysokości - jak Anglicy w czasie wojny). Wszystko dlatego, że teraz wprawdzie na jednego emeryta jest trzech pracujacych, ale za kilkanaście lat będzie jeden do jednego. Takie są wyliczenia i symulacje - chyba przy jak najgorszych założeniach.
To wszystko jest oczywiście nadzwyczaj subiektywne i nawet nie warto owych wyliczeń sprawdzać. Dziwi jedynie to, że przecież wprawdzie nie pada już nazwa zielona wyspa, ale nasza gospodarka kwitnie, przyrost PKB, to 4,3 %, ubiegły rok był rekordowy w eksporcie. Premier zapowiadał, ze emeryci będą mieli zapewnione swiadczenia (i zapewnioną waloryzację). To było przed wyborami; teraz zamiast waloryzacji jest dodatek w stylu ruskiej urawniłowki i grożba ostrych cięć (o ile nie będzie podwyższenia wieku emerytalnego). Wprawdzie inne państwa też podnoszą wiek emerytalny, ale Tusk znowu chce być liderem. Ponadto, inne propozycje partyjne i zwiazkowe w tej mierze - wydają sie o wiele sensowniejsze.
Dziwne jest także nadzwyczaj zestawienie pełnych troski słów premiera o konieczności ograniczeń, by za 20-30 lat nie brakło na emerytury - w zestawieniu z lawiną wydatków budżetowych zwiazanych z pewną sportową imprezą. Przy okazji niejako, wszyscy zaczęli interesować się zarobkami różnych prezesów i ludzi mediów kręcących się w orbicie władzy. W Warszawie mówi się, że ponizej 30 tys. miesięcznie - człowiek się nie liczy w towarzystwie. Naiwne pytanie: Jak to sie ma do ustawy kominowej?
Sztandarowi działacze "Solidarności" - Maciej Jankowski - przewodniczący "Mazowsza", poseł i jeszcze bardziej zasłużony Jan Rulewski - senator - położyli na szalę swój partyjny dorobek i przeforsowali ustawę kominową. Daremny trud; wkrótce po jej uchwaleniu - dziennikarze odkryli bodaj 7 furtek, ale nie warto ich rozpatrywać, skoro jest jedna brama - mianowicie kontrakty menedżerskie. Wprawdzie jest tam słabe obwarowanie wymaganymi warunkami, ale brama jest i już.
Prawodawcy pewno sobie wyobrażali, że przecież może być sytuacja wyjątkowa, że trzeba zatrudnić wybitnego specjalistę, którego w kraju się nie uświadczy np. z Honolulu i by go sciągnąć - trzeba zapłacić; ot przypadek raz na sto lat.
Nic bardziej mylnego; wyjątkiem jest trzymanie sie ustawy (górny pułap, to sześć średnich krajowych) - to jakieś śmieszne 20 tys. Przecież sie rzekło, że w Warszawie dolna granica przyzwoitości, to 30 tys. To oczywiście jest dolna granica - jacyś szeregowi dziennikarze telewizyjni spolegliwych mediów. Arystokracja, to przynajmniej 80 tysiecy miesiecznie. Prócz tego zawsze w kontrakcie zawarowane są wysokie odprawy, premie itp. Cały czas dotyczy to instytucji państwowych i spółek z dominujacym udziałem skarbu państwa. W grę zazwyczaj wchodzą apanaże nie tylko prezesów i członków zarządu,lecz także członków rad nadzorczych. Walne zgromadzenie akcjonariuszy (czyli jeden człowiek reprezentujacy ministra skarbu państwa) jest władne wyrazic zgodę na podpisanie kontraktu menedżerskiego - włascdiwie bez górnego pułapu (ile firma wytrzyma).
Za komuny kupowało się (własciwie prostytuowało sie) klasę zarządzajacą przy pomocy talonów na poszukiwane produkty (głównie samochody), teraz podpisuje się kontrakty. Beneficjent musi sie oczywiśie odwdzięczać ne sposoby - zatrudniać wskazane osoby, lokować wszelkie zamówienia wg właściwego klucza, urządzać okazjonalne fety, szkolenia itd. Oczywiście, minister skarbu robi wszystko na komendę premiera - tu widzimy ten łancuch zależności, ten niesamowity urok władzy. Stąd na szereg resortów postawione zostały marionetki - całkowite zielone w branzy, którą mają kierować. To wszystko sie nie liczy - premier i tak bierze wszystko "na klatę".
Ten styl sprawowania władzy jest nadzwyczaj kosztowny, trzeba przy pomocy opisanych lejc finansowych utrzymywać dziesiatki tysiecy niepotrzebnych pracowników, a wlaściwie nadzwyczaj potrzebnych jako mięso wyborcze, a na co dzień, jako rzesze pracowników socjotechnicznych prowadzących nieustanny PR.
Nie udało mi się znaleźć liczby zawartych kontraktów menedżerskich; ale gdyby je oszacować np na 10 tysięcy i każdy przeciętnie zarobił 20 tysięcy zł. ponad ustawowy limit, to daje rocznie 2,4 mld zł. Dodatkowo zatrudnieni przez Tuska - 70 tysięcy pracowników administracji, to licząc tylko pobory (bez budynków), - dalsze 4 mld. zł.. Wydatki na fanaberyjjne stadiony, to też ok 5 mld. zł.,o kosztach przelotu śmigłowcem na prywatne mecze piłkarskie nie wspomnę. (Dygnitarze najbogatszych państw - przeważnie biegają dla zdrowia), może Łukaszenka być jeszcze droższy - trzeba dla niego utrzymywać lodowisko.
Nic dziwnego, że Rostowski spać nie może, tylko myśli: Co by tu jeszcze opodatkować, co by tu jeszcze opodatkować. Płace drugi rok z rzędu zamrożone, dodatek pogrzebowy zabrany, rodziców namawia się, by koszty nauki w szkołach brali w swoje ręce, zresztą szkoły likwiduje się - gmin nie stać na ich utrymanie - muszą utrymywać Orliki, tam gdzie są piękne stadiony - prezydenci mają dziury w budżetach miast - opodatkowują deszcz i śnieg, też konsolidują szkoły, zamykaja przedszkola, podnoszą podartki od nieruchomości. Energia elektryczna już drożeje i będzie drożeć coraz szybciej za sprawą pakietu klimatycznego, który tak ochoczo podpisał premier Tusk. Nie przeszkadza to prezesowi Enei inkasować 150 tysiecy zł. miesiecznie.
Narodek jest po to, by go strzyc; "nepoto", jak powiedział prezes PSL Pawlak, szło się do władzy, by nie dać zarobić swoim.
Najlepszym kryterium którym należy się kierować przy wyborze polityka - jest jego i jego ugrupowania - ciąg na kasę; warto o tym pamietać.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)