Tego chyba nie przewidzieli pr-owscy spece Donalda Tuska, którzy piłkę znają tylko z oglądania swojego szefa czekającego pod bramką na podanie. Ci "eksperci" zapewne spodziewali się, że wszystko będzie jak zwykle – zapoda się gorący temat, premier z marsem na czole wypowie parę pustych słów, i już.
Rzeczywistość okazała się zupełnie inna od przewidywań – kibice nie zamierzają pierzchać w popłochu i w dodatku niezbyt przejmują się tym, co wypisują w "Gazecie Wyborczej". Ponadto są w stanie – chociażby dzięki obecności na trybunach coraz większych stadionów – stale podgrzewać temat.
Teraz premier ma do wyboru: oficjalnie zakończyć wojnę z kibicami, albo prowadzić ją w nieznanym kierunku. Bo tak naprawdę nie wiemy, na co stać teraz obie strony. Z pewnością jednak eskalacja konfliktu będzie oznaczać zrujnowanie pozorów społecznego ładu – a przecież ułuda "wsi bezpiecznej, wsi spokojnej" to podstawa władzy Tuska. (...)




Komentarze
Pokaż komentarze (109)