235 STRON I DZIEWIĘĆ LAT SPORU
W styczniu 2017 roku Instytut Pamięci Narodowej przedstawił wyniki ekspertyzy dokumentów odnalezionych w domu Czesława Kiszczaka.
Biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie sporządzili opinię liczącą 235 stron.
Według przedstawionych wówczas ustaleń Lech Wałęsa własnoręcznie napisał zobowiązanie do współpracy z SB z grudnia 1970 roku, 17 pokwitowań odbioru pieniędzy na łączną kwotę 11 700 zł oraz liczne doniesienia tajnego współpracownika o pseudonimie „Bolek”.
Eksperci rozróżnili przy tym dokumenty, w których tej samej osobie przypisali tekst i podpis, od dokumentów sporządzonych przez jedną osobę, a podpisanych przez drugą.
24 września 2026 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła jednak postępowanie dotyczące podejrzenia składania przez Wałęsę fałszywych zeznań.
Prokuratura zakwestionowała kategoryczność wcześniejszej ekspertyzy. Zwróciła uwagę między innymi na pochodzenie materiału porównawczego, brak odpowiednich próbek pisma pobranych w kontrolowanych warunkach oraz możliwość wykorzystania dokumentów wcześniej spreparowanych przez SB.
Wskazała również na prawo do obrony jako odrębną przesłankę mającą znaczenie dla odpowiedzialności karnej.
To ważne. Najnowsza decyzja nie stanowi rozstrzygnięcia wszystkich historycznych okoliczności sprawy. Dotyczy konkretnego zarzutu związanego z zeznaniami złożonymi w 2016 roku.
WTÓRNY ANALFABETYZM I ZWYKŁY DŁUGOPIS
Wśród argumentów przywołanych przez prokuraturę znalazły się zeznania świadków dotyczące ograniczonych umiejętności pisania Wałęsy w latach siedemdziesiątych.
Pojawiło się określenie „wtórny analfabetyzm”.
Warto jednak zadać proste pytanie.
Czy nieumiejętność samodzielnego redagowania długich tekstów oznacza niezdolność do ich własnoręcznego zapisywania?
Niekoniecznie.
Istnieje przecież mechanizm pisania pod dyktando. Jedna osoba formułuje wypowiedź, druga ją zapisuje. Powstaje własnoręczny rękopis, chociaż jego treść nie została samodzielnie ułożona przez osobę trzymającą długopis.
Nie ma podstaw, żeby twierdzić, że właśnie w taki sposób powstawały dokumenty przypisywane Wałęsie. Ale sama możliwość pokazuje, dlaczego należy odróżniać zdolność samodzielnego redagowania od fizycznej umiejętności pisania.
Co istotne, nie usuwa to zastrzeżeń prokuratury dotyczących identyfikacji charakteru pisma.
Można więc dyskutować o metodologii badań, autentyczności podpisów i wiarygodności świadków.
Ale jest jeszcze inny wątek tej historii. I właśnie do niego warto wrócić.
PREZYDENT CHCE ZOBACZYĆ SWOJE AKTA
Cofnijmy się do czerwca 1992 roku.
Po wydarzeniach związanych z realizacją uchwały lustracyjnej i odwołaniem rządu Jana Olszewskiego nastąpiły zmiany w kierownictwie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz Urzędu Ochrony Państwa.
Dokumenty dotyczące Lecha Wałęsy znajdowały się wówczas w zasobach UOP. Instytut Pamięci Narodowej jeszcze nie istniał.
Według dokumentacji opisanej przez historyków Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka przed zmianą kierownictwa UOP sporządzono protokół zawierający wykaz zgromadzonych materiałów.
Był to istotny punkt odniesienia. Pozwalał bowiem później porównywać stan dokumentacji z wcześniejszą inwentaryzacją.
Około 6–7 czerwca 1992 roku Wałęsie udostępniono materiały dotyczące jego osoby. Zapoznał się z nimi w siedzibie UOP.
Na tym jednak sprawa się nie zakończyła.
Latem 1992 roku dokumenty zostały przekazane prezydentowi do Belwederu.
Z przytoczonej przez historyków notatki płk. Wiktora Fonfary wynika, że polecenie ich dostarczenia otrzymali szef UOP Jerzy Konieczny oraz sam Fonfara. Prezydent miał pokwitować odbiór na odwrocie protokołu zawierającego szczegółowy wykaz materiałów.
To istotny szczegół.
Nie chodziło wyłącznie o nieformalną wizytę w archiwum. Dokumenty opuściły siedzibę instytucji, która odpowiadała za ich przechowywanie.
WRZESIEŃ 1992. PIERWSZE BRAKI
22 września 1992 roku dokumenty wróciły do MSW.
Według relacji historyków, opartej na zachowanych materiałach urzędowych, po ich zwrocie zauważono nieprawidłowości.
Autorzy wskazują między innymi na brak oryginalnej karty ewidencyjnej, kopii doniesień i pokwitowań oraz fragmentów dokumentacji znajdującej się wcześniej w aktach gdańskiej SB.
Opisują również ślady wyrwanych kart.
Minister Andrzej Milczanowski polecił udokumentowanie braków.
Następnego dnia interweniował w Belwederze, a 24 września do MSW trafiła kolejna koperta, która miała zawierać wcześniej niezwrócone materiały.
I tutaj pojawia się problem, który trudno pominąć.
Według opublikowanej relacji zawartości tej koperty nie sprawdzono wówczas szczegółowo.
Dokumenty zapakowano i zabezpieczono.
Czy w przesyłce rzeczywiście znajdowały się wszystkie brakujące materiały?
Bez rzetelnej kontroli jej zawartości trudno odpowiedzieć na to pytanie.
Zapieczętowana koperta może potwierdzać fakt przekazania przesyłki. Nie musi jednak potwierdzać kompletności znajdujących się w niej akt.
To różnica, która w przypadku dokumentacji archiwalnej ma zasadnicze znaczenie.
WRZESIEŃ 1993. DOKUMENTY PONOWNIE JADĄ DO BELWEDERU
Minął rok.
28 września 1993 roku Lech Wałęsa ponownie poprosił ministra Andrzeja Milczanowskiego o udostępnienie dokumentacji.
Tym razem zachowała się notatka ministra opisująca przebieg wydarzeń.
Według Milczanowskiego prezydent zadzwonił po południu, prosząc o pilne dostarczenie materiałów. Minister zaproponował przyjazd do Belwederu około godziny 22.
Razem z szefem UOP Jerzym Koniecznym przekazał prezydentowi dokumenty, których odbiór Wałęsa osobiście pokwitował.
Na zachowanym protokole znajduje się adnotacja potwierdzająca wypożyczenie z 28 września 1993 roku.
To drugi udokumentowany przypadek przekazania materiałów prezydentowi poza siedzibę UOP.
Powstaje pytanie dotyczące decyzji kierownictwa instytucji.
Skoro po poprzednim wypożyczeniu odnotowano nieprawidłowości, jakie zabezpieczenia zastosowano przy kolejnym?
Czy sprawdzono kompletność materiałów przed ich przekazaniem? Czy sporządzono szczegółowy wykaz każdej karty?
Zachowane relacje nie dają pełnej odpowiedzi.
STYCZEŃ 1994. PACZKA TRAFIA DO SEJFU
24 stycznia 1994 roku minister Milczanowski oraz ówczesny szef UOP Gromosław Czempiński odebrali dokumenty od prezydenta.
Według notatki ministra Wałęsa przekazał im paczkę opakowaną w brązowy papier.
Czempiński opieczętował przesyłkę i umieścił ją w sejfie.
Warto zwrócić uwagę na charakter tej czynności.
Notatka dokumentuje odebranie i zabezpieczenie paczki. Nie stanowi jednak szczegółowego protokołu sprawdzenia zawartości wszystkich znajdujących się w niej akt.
Nie można zatem automatycznie utożsamiać zwrotu przesyłki ze zwrotem kompletnej dokumentacji.
Zwłaszcza że późniejsza kontrola wykazała braki.
ROK 1996. OTWIERAJĄ PACZKĘ I LICZĄ KARTY
Po zakończeniu prezydentury Wałęsy minister spraw wewnętrznych Zbigniew Siemiątkowski zwrócił się do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego o zgodę na otwarcie zabezpieczonej dokumentacji.
Zachowana korespondencja wskazuje, że przesyłka była opatrzona zastrzeżeniem dotyczącym zgody prezydenta na jej otwarcie.
Po uzyskaniu zgody przeprowadzono komisyjną kontrolę.
W sprawozdaniu wskazano brak teczek wymienionych w protokole z czerwca 1992 roku. Wśród nich znajdowały się materiały dotyczące działalności agenturalnej, dokumenty rejestracyjne, doniesienia oraz pokwitowania odbioru pieniędzy.
Odnotowano również braki kart w poszczególnych tomach archiwalnych:
- Tom II — 14 kart.
- Tom III — 20 kart.
- Tom IV — 99 kart.
- Tom V — 17 kart.
- Tom VI — 27 kart.
Łącznie daje to 177 brakujących kart.
Nie należy jednak dodawać tej liczby do liczby brakujących teczek, ponieważ wykazy dotyczą różnych jednostek dokumentacji i mogą częściowo opisywać te same materiały.
Istotne jest coś innego.
Komisja dysponowała wcześniejszymi protokołami, z którymi mogła porównać stan zastany.
Nie chodziło więc wyłącznie o późniejsze wspomnienia świadków.
Istniała dokumentacja pozwalająca ustalić rozbieżności.
WRZESIEŃ 1996. PISMO DO BYŁEGO PREZYDENTA
24 września 1996 roku szef UOP Andrzej Kapkowski skierował do Lecha Wałęsy pismo z prośbą o zwrot dokumentów, jeśli znajdowały się w jego posiadaniu.
Według publikacji Cenckiewicza i Gontarczyka były prezydent nie odpowiedział na to wystąpienie.
Sam Wałęsa zaprzeczał natomiast, jakoby zabrał dokumenty dotyczące TW „Bolka”.
Nie ustalono prawomocnym wyrokiem, że osobiście odpowiadał za usunięcie brakujących materiałów.
Pozostaje jednak problem procedur obowiązujących przy udostępnianiu dokumentacji oraz odpowiedzialności osób, które ją przechowywały i przekazywały.
JESZCZE GDAŃSK. OSOBNA HISTORIA BRAKUJĄCYCH AKT
Historia warszawskich wypożyczeń nie wyczerpuje sprawy.
Cenckiewicz i Gontarczyk opisali również nieprawidłowości dotyczące archiwum Delegatury UOP w Gdańsku.
Według ich ustaleń w 1991 roku odnaleziono tam doniesienia TW „Bolka”, zachowane w aktach innych spraw operacyjnych.
Historycy przedstawili także zarzuty dotyczące późniejszego usuwania dokumentów i zmian personalnych w kierownictwie delegatury.
Wskazywali między innymi na zaginięcie kopii korespondencji przesłanej w 1992 roku do Warszawy oraz brak karty z dawnego dziennika rejestracyjnego.
Jednak w tym wątku istniał również spór między funkcjonariuszami.
Były szef gdańskiej delegatury Henryk Żabicki kwestionował relacje swoich następców i zarzucał im manipulowanie materiałami archiwalnymi.
Nie można więc przedstawiać wszystkich interpretacji historyków jako bezspornych ustaleń sądowych.
Warto natomiast oddzielnie zbadać zachowane protokoły, notatki i dokumentację postępowań dotyczących gdańskiego archiwum.
CO WYJAŚNIONO, A CO NADAL POZOSTAJE PYTANIEM?
Mamy zatem dwie odrębne historie.
Pierwsza dotyczy dokumentów udostępnianych prezydentowi w latach 1992–1994 oraz braków stwierdzonych podczas późniejszej kontroli.
Druga dotyczy nieprawidłowości opisywanych w archiwum gdańskiej Delegatury UOP.
Do tego dochodzi trzeci zbiór: teczki odnalezione w 2016 roku w domu Czesława Kiszczaka.
Nie należy automatycznie utożsamiać tych materiałów ani traktować ustaleń dotyczących jednego zbioru jako dowodu autentyczności drugiego.
Najnowsze umorzenie postępowania przeciwko Wałęsie dotyczyło jego zeznań w sprawie teczek Kiszczaka. Nie stanowi rozstrzygnięcia dotyczącego wszystkich braków ujawnionych w archiwach UOP.
I właśnie dlatego historia dokumentów wypożyczanych w latach dziewięćdziesiątych zasługuje na odrębne zainteresowanie.
PAŃSTWOWE ARCHIWUM. CZYJA ODPOWIEDZIALNOŚĆ?
Po latach ponownie analizujemy charakter pisma Lecha Wałęsy. Dyskutujemy o ekspertyzach, podpisach, zeznaniach świadków i umiejętności samodzielnego sporządzania rękopisów.
To istotne zagadnienia.
Ale równie istotna pozostaje historia państwowej dokumentacji.
Zachowane protokoły opisują przekazywanie akt. Późniejsze kontrole wykazały braki. W międzyczasie dokumenty wielokrotnie zmieniały miejsce przechowywania.
Nie wystarczy wskazać, że materiały udostępniono prezydentowi, aby automatycznie przypisać mu odpowiedzialność za ich zaginięcie.
Nie wystarczy również umorzyć późniejsze postępowanie dotyczące innych dokumentów, żeby uznać całą historię za wyjaśnioną.
Państwowe archiwum powinno umożliwiać odtworzenie drogi każdego udostępnionego dokumentu.
Kto wydał zgodę na przekazanie oryginałów? Kto odpowiadał za sprawdzenie ich kompletności? Dlaczego dokumenty ponownie udostępniono, mimo wcześniejszych sygnałów o brakach? Kiedy dokładnie zaginęły poszczególne materiały?
Bo można przez kolejne trzydzieści lat spierać się o to, kto potrafił pisać, kto trzymał długopis i kto złożył podpis. Ale jeśli państwo nie potrafi odtworzyć losów dokumentów, które samo przechowywało i udostępniało, to problem nie kończy się na charakterze pisma jednego człowieka. Zaczyna się od pytania, kto pilnował państwowego archiwum — i kto rozliczył tych, którzy mieli obowiązek je zabezpieczyć.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)