NAJPIERW NAPISALI SOBIE STANDARD
W 2024 roku obecna większość parlamentarna przeprowadzała wielką reformę Trybunału Konstytucyjnego.
Miała być odpowiedzią na to, co przez lata zarzucano PiS: upolitycznienie Trybunału, wysyłanie do niego ludzi związanych z bieżącą większością i zacieranie granicy między polityką a sądem konstytucyjnym.
Jednym z bezpieczników miała być czteroletnia karencja.
Przyjęte rozwiązanie przewidywało, że były prezydent, poseł, senator, europoseł, członek Rady Ministrów, sekretarz lub podsekretarz stanu czy pełnomocnik rządu może kandydować do Trybunału dopiero wtedy, gdy od zakończenia pełnienia funkcji miną co najmniej cztery lata.
W uzasadnieniu projektu wyjaśniono po co.
Chodziło o przeciwdziałanie sytuacji, w której do TK trafiają czynni politycy, oraz o zapewnienie okresu potrzebnego do wypracowania dystansu wobec bieżącej sytuacji politycznej.
Brzmi rozsądnie.
Zwłaszcza kiedy zasada dotyczy przeciwnika.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy trzeba zastosować ją do własnego człowieka.
Ustawa ostatecznie nie weszła w życie. Andrzej Duda skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej.
Dlatego trzeba powiedzieć jasno:
wybór Macieja Berka nie oznacza złamania obowiązującego czteroletniego zakazu.
Ten zakaz nie obowiązuje.
Ale właśnie dlatego ta historia jest politycznie znacznie ciekawsza.
Bo nie jest historią o złamaniu przepisu.
Jest historią o złamaniu własnego standardu.
PRAWA RĘKA PREMIERA
11 sierpnia Donald Tusk poinformował o zmianach w rządzie.
Maciej Berek odchodził ze stanowiska ministra do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu.
Premier nie przedstawiał go jednak jako człowieka luźno związanego z gabinetem.
Powiedział o nim:
„był moją prawą ręką”.
Berek kierował Stałym Komitetem Rady Ministrów, uczestniczył w samym centrum procesu legislacyjnego i odpowiadał za pilnowanie realizacji polityki rządu.
13 sierpnia Tusk potwierdził, że zgadza się na jego odejście z rządu i kandydowanie do Trybunału Konstytucyjnego.
Według rejestru korzyści PKW funkcja ministerialna Berka zakończyła się 14 sierpnia.
I dokładnie na 14 sierpnia datowane jest pismo zgłaszające go jako kandydata do TK.
Dokument został doręczony do Sejmu 17 sierpnia.
Czyli nie cztery lata później.
Nie cztery miesiące później.
Pismo przygotowano z datą dnia, w którym kończyła się jego funkcja w rządzie.
21 dni później, 4 września, Sejm wybrał Berka na sędziego Trybunału Konstytucyjnego.
Za głosowało 226 posłów.
Do wyboru potrzeba było 219.
Siedem głosów zapasu.
TO NIE JEST WYŁĄCZNIE ATAK PIS
Najprostsza linia obrony tej kandydatury jest oczywista:
PiS protestuje, bo nie chce zmian w Trybunale.
Tyle że krytyka Berka nie ograniczyła się do PiS.
Przeciw zagłosowała między innymi Klaudia Jachira z Koalicji Obywatelskiej, Paweł Śliz z Polski 2050 oraz Rafał Komarewicz.
Włodzimierz Czarzasty również oddał głos przeciw, jednak później wyjaśnił, że była to pomyłka i osobiście tłumaczył ją Berkowi.
Nie będziemy więc robić z niego przeciwnika kandydatury.
Znacznie ciekawsze jest to, co wydarzyło się poza parlamentem.
Kandydaturę krytykowali ludzie, których trudno zapisać do obozu broniącego reform sądownictwa PiS.
Byli prezesi Trybunału Konstytucyjnego Marek Safjan i Andrzej Zoll.
Przedstawiciele Iustitii.
Igor Tuleya.
Środowiska od lat domagające się odbudowy praworządności.
I właśnie tutaj robi się niewygodnie.
Bo jeśli ludzie, którzy przez lata zarzucali PiS polityczne zawłaszczanie Trybunału, zaczynają pytać o polityczny dystans kandydata obecnej większości, to nie da się już zamknąć dyskusji jednym zdaniem:
„PiS atakuje”.
KOMPETENCJE NIE SĄ SEDNEM SPRAWY
Maciej Berek ma ogromne doświadczenie legislacyjne.
Przez lata kierował Rządowym Centrum Legislacji, pracował w administracji państwowej, zajmował się procesem stanowienia prawa.
Można bardzo wysoko oceniać jego wiedzę.
Ale właśnie dlatego dyskusja o jego kandydaturze nie powinna sprowadzać się do pytania:
czy Berek zna się na prawie?
To nie jest sedno.
Pytanie brzmi:
czy człowiek, który jeszcze chwilę wcześniej siedział przy stole Rady Ministrów i był nazywany prawą ręką premiera, powinien niemal bezpośrednio przejść do organu kontrolującego konstytucyjność prawa tworzonego przez tę władzę?
Przecież właśnie po to wymyślono cztery lata.
Nie dlatego, że po czterech latach człowiek magicznie staje się lepszym prawnikiem.
Chodziło o dystans.
Tak napisali autorzy reformy.
Sam Berek podkreśla, że przez zdecydowaną większość swojej kariery był urzędnikiem i prawnikiem, a funkcja polityczna w rządzie stanowiła tylko fragment jego zawodowej drogi.
To argument, którego nie należy pomijać.
Tyle że nie rozwiązuje podstawowego problemu.
Proponowana czteroletnia karencja też nie miała zależeć od tego, czy ktoś był ministrem rok, cztery lata czy dziesięć.
Liczyło się to, że właśnie przestał nim być.
PAŁAC MA WĄTPLIWOŚCI
Na sporze o polityczny standard sprawa się nie kończy.
Kancelaria Prezydenta podniosła również pytania dotyczące formalnych kwalifikacji Macieja Berka do objęcia stanowiska sędziego TK.
Obowiązujące przepisy wymagają spełnienia warunków potrzebnych do pełnienia urzędu sędziego Sądu Najwyższego.
Jednym z elementów sporu stał się wymagany staż zawodowy.
Berek przedstawił zaświadczenie Okręgowej Izby Radców Prawnych wskazujące na łącznie 17 lat i 8 miesięcy wykonywania zawodu radcy prawnego.
Jego przeciwnicy podnoszą jednak pytanie, czy wpis na listę i przedstawione okresy są wystarczającym potwierdzeniem faktycznego wykonywania zawodu w wymaganym zakresie.
I tu pojawił się nowy element.
Poseł PiS Paweł Jabłoński poinformował o złożeniu do CBA wniosku dotyczącego kontroli oświadczeń majątkowych i rejestru korzyści Berka.
Chce w ten sposób ustalić, czy ewentualna działalność radcowska i dodatkowe zlecenia znajdowały odzwierciedlenie w dokumentach.
Trzeba przy tym zachować proporcje.
To jest wniosek posła do CBA.
Nie wynik kontroli.
Nie ustalenie CBA.
Nie dowód naruszenia prawa.
Ale sprawa kwalifikacji formalnych przestała być wyłącznie medialnym sporem.
PAŁAC DOKŁADA KOLEJNE PYTANIA
Po nocy stanowisko Kancelarii Prezydenta nie złagodniało.
Paweł Szefernaker potwierdził, że w Pałacu nadal trwają analizy i mówił o „dużych wątpliwościach”.
Co ciekawe, nie chodzi już tylko o staż radcowski.
Pałac zwraca uwagę również na rolę Berka w działaniach rządu związanych z niepublikowaniem części orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego oraz na polityczną sprzeczność pomiędzy jego kandydaturą a wcześniejszymi deklaracjami obecnego obozu rządzącego.
Ostatecznej decyzji Karola Nawrockiego nadal nie ma.
I to właśnie ona będzie kolejnym punktem zapalnym.
ŚLUBOWANIE I „PLAN B”
Sam wybór przez Sejm nie kończy procedury.
Osoba wybrana na sędziego TK składa ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej.
I właśnie tutaj może rozpocząć się następna odsłona konfliktu.
Karol Nawrocki nie przesądził jeszcze, czy odbierze ślubowanie od Berka.
Berek publicznie mówi, że nie zamierza spekulować i oczekuje na rozwój sytuacji. Wskazywał, że chce zobaczyć, jaka będzie decyzja prezydenta około 15–16 września.
Równocześnie Onet, powołując się na anonimowe źródła związane z Trybunałem i obozem rządzącym, opisał możliwy „plan B”.
Według tych informacji, jeśli prezydent nie odbierze ślubowania, po około dwóch tygodniach rozważane miałoby być złożenie go w Sejmie albo przekazanie prezydentowi notarialnie potwierdzonej roty.
Jeszcze raz:
nie jest to oficjalnie ogłoszony plan Macieja Berka.
Berek go publicznie nie potwierdził.
Na dziś jest to medialnie opisany scenariusz oparty na anonimowych źródłach.
Ale sama możliwość jego zastosowania pokazuje, jak głęboki może być kolejny konflikt kompetencyjny.
Zwłaszcza że przed Trybunałem toczy się już sprawa dotycząca pytania, czy ślubowanie osoby wybranej do TK złożone poza procedurą z osobistym udziałem prezydenta może wywoływać skutki prawne.
Czyli ewentualne obejście Pałacu nie odbywałoby się na niezapisanej kartce.
Weszłoby prosto w istniejący już spór o kompetencje głowy państwa i Sejmu.
PRAWORZĄDNOŚĆ NA SKRÓTY
I tutaj wracamy do początku.
Nie trzeba rozstrzygać, czy Maciej Berek będzie dobrym czy złym sędzią Trybunału.
Nie trzeba kwestionować jego wiedzy.
Nie trzeba nawet przyjmować wszystkich argumentów Kancelarii Prezydenta.
Wystarczy przeczytać dokumenty przygotowane przez obecną większość.
Cztery lata.
Tyle miało wystarczyć, żeby człowiek odszedł od bieżącej polityki i nabrał dystansu.
Gdy reformowano Trybunał po PiS, przedstawiano to jako jeden z bezpieczników mających chronić instytucję przed politycznym przejęciem.
Kiedy jednak pojawił się kandydat nazwany przez premiera jego prawą ręką, cztery lata skurczyły się do trzech tygodni.
Co więcej, pismo zgłaszające kandydaturę datowane jest dokładnie na dzień zakończenia jego funkcji ministerialnej.
Można oczywiście odpowiedzieć:
przepis nie obowiązuje.
To prawda.
Ale właśnie dlatego ta historia mówi o polityce więcej niż zwykłe złamanie ustawy.
Bo ustawa może nie wejść w życie.
Przepis może zostać zatrzymany.
Trybunał może go zakwestionować.
Ale własnego uzasadnienia nie da się tak łatwo wymazać.
To obecna większość napisała, że czteroletnia przerwa ma służyć zdobyciu dystansu od bieżącej polityki.
To obecna większość przedstawiała taki mechanizm jako gwarancję odpolitycznienia Trybunału.
A później Donald Tusk wysłał do TK człowieka, którego sam nazwał swoją prawą ręką.
Nie po czterech latach.
Po trzech tygodniach.
I chyba właśnie w tym miejscu kończy się opowieść o standardach.
A zaczyna stara, dobrze znana zasada:
są zasady. I są nasi.


Komentarze
Pokaż komentarze