Z artykułu dowiesz się:
- Kim był Anatol Kotau i jak wyglądała jego droga od reżimu do opozycji
- Jak wyglądał ostatni udokumentowany dzień podróży z Okęcia do Stambułu
- Dlaczego polska prokuratura i policja odmówiły wszczęcia dochodzenia
- W jaki sposób, według dziennikarzy, służby wywabiły emigranta z Polski
Tajemnicze zniknięcie po wylocie z Warszawy
Feralnego czwartku, 21 sierpnia ubiegłego roku, 46-letni mężczyzna stawił się na lotnisku Warszawa-Okęcie. Po przejściu kontroli granicznej wszedł na pokład samolotu do Stambułu, gdzie miał wziąć udział w spotkaniu służbowym. Od tamtej pory bliscy nie mają z nim żadnego kontaktu.
Opozycjonista planował szybki powrót do stolicy Polski. Miał już wykupiony bilet na kolejny lot w niedzielę i zapowiedział powrót do domu. Jak informowała stacja RMF FM, rodzina czekała na niego zaledwie kilka dni.
- Miał powrotny bilet. Umówiliśmy się, że wróci w niedzielę. Przestał się odzywać - przekazała żona zaginionego, Anastazja Pilipczyk-Kotawa, cytowana przez portal Onet.
Opuszczając kraj, emigrant posługiwał się tak zwanym genewskim dokumentem podróży, wydawanym uchodźcom. Jednak po wylądowaniu w Stambule nastąpiła zaskakująca zmiana. Na tureckiej granicy mężczyzna przedłożył urzędnikowi swój stary paszport białoruski. Po wyjściu z terminalu ślad po nim się urywa.
Polska prokuratura odmawia dochodzenia
Kotau to były urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Białorusi i etniczny Rosjanin. W trakcie swojej kariery wielokrotnie reprezentował reżim Aleksandra Łukaszenki, w tym dwukrotnie służył w ambasadzie Białorusi w Warszawie. Sprawował również funkcję sekretarza generalnego Białoruskiego Komitetu Olimpijskiego oraz wicedyrektora Igrzysk Europejskich w Mińsku.
Człowiek ten pochodził z rodziny głęboko związanej z aparatem bezpieczeństwa. Jego rodzice byli oficerami KGB, a brat do dziś pełni służbę w tej samej formacji. Mimo takiego zaplecza, przed sfałszowanymi wyborami prezydenckimi w 2020 roku, Kotau zerwał kontakty z reżimem i przeszedł na stronę demokratycznej opozycji. W Polsce uzyskał azyl polityczny oraz formalny status uchodźcy. W tym samym czasie w Mińsku zapadł wobec niego surowy, zaoczny wyrok. Reżimowy sąd skazał go na 12 lat łagrów pod zarzutem działalności ekstremistycznej i spiskowania.
Mimo ewidentnego zagrożenia życia polskie organy ścigania nie wszczęły oficjalnego postępowania karnego. Polska prokuratura i policja odmówiły otwarcia śledztwa. Oficjalnym powodem była niepolska obywatelskość zaginionego oraz fakt, że do zdarzenia doszło poza granicami kraju.
Brak formalnych działań polskich śledczych wywołał falę dyskusji na temat poziomu ochrony dysydentów mieszkających nad Wisłą. Kotau cieszył się statusem chronionego uchodźcy, lecz poza terytorium Unii Europejskiej pozostał bezbronny.

Wyprawa w pułapkę wschodnich służb
Kulisy zniknięcia opozycjonisty rzucają nowe światło na metody działania wschodnich służb specjalnych. Międzynarodowe śledztwo dziennikarskie przeprowadzone przez Białoruskie Centrum Śledcze (BRC), Deutsche Welle oraz OCCRP ujawniło szczegóły operacji wymierzonej w dysydenta. Jak ustalił dziennik "Rzeczpospolita”, wyjazd do Turcji był precyzyjnie przygotowaną pułapką.
Z ustaleń dziennikarzy śledczych wynika, że osoby powiązane z białoruskimi strukturami bezpieczeństwa wywabiły Kotaua z Polski pod pretekstem spotkania służbowego. W Stambule doszło do jego ujęcia, po czym emigrant trafił w ręce funkcjonariuszy rosyjskiej FSB. Wszystko wskazuje na to, że były urzędnik MSZ padł ofiarą operacji połączonych służb Moskwy i Mińska.
Coraz głośniej mówi się też o skutkach tej sprawy dla bezpieczeństwa całej białoruskiej diaspory w Polsce. Emigranci polityczni, którym Warszawa udziela ochrony, wielokrotnie sygnalizowali obawy o aktywność obcych służb na terytorium kraju. Niewyjaśnione zniknięcie Kotaua wpisuje się w ten niepokojący obraz napięcia i zagrożenia, z jakim na co dzień mierzy się społeczność uchodźców z Mińska. Do dziś nie ma oficjalnych informacji o obecnym miejscu pobytu ani stanie zdrowia porwanego dysydenta.
Red.




Komentarze
Pokaż komentarze (12)