Nie wiem, kogo parzy treść Aneksu.
Wiem natomiast, komu od prawie dwudziestu lat parzy odpowiedzialność za podjęcie decyzji.
Scenariusz zawsze wygląda tak samo.
Wychodzi polityk, pręży pierś, błyskają flesze. Przed kamerami padają potężne słowa: racja stanu, rozliczenie historii, prawda, która wyzwoli Polaków.
Naród wstrzymuje oddech, internet płonie, komentatorzy piszą o nadchodzącym trzęsieniu ziemi.
Kurtyna opada.
Kamery gasną.
I co?
I nic.
Cisza.
Bomba, która miała wysadzić w powietrze dotychczasowy układ sił w Warszawie, nagle zamienia się w urzędową paczkę pocztową z pieczątką:
„Zwrot do nadawcy”.
Witamy w rzeczywistości, w której setki stron Aneksu do raportu WSI od prawie dwudziestu lat krążą nad polską sceną polityczną jak gorący kartofel.
Każdy nim macha, żeby nastraszyć przeciwnika.
Ale kiedy przychodzi moment, żeby położyć dokument na stole, zaczynają się ekspertyzy, opinie, wyroki, anonimizacje, racja stanu, bezpieczeństwo państwa i pytanie, kto właściwie powinien złożyć jeszcze jeden podpis.
Bo ten kartofel parzy w ręce każdego.
Niezależnie od barw partyjnych.
Tylko że po prawie dwudziestu latach wypada wreszcie zapytać:
Kto właściwie boi się tego kartofla?
Kogo parzy najbardziej?
I dlaczego?
## Zanim był Aneks, była nocna zmiana
To nie pierwszy raz, kiedy dokument dotyczący dawnych służb staje się w Polsce politycznym ładunkiem.
28 maja 1992 roku Sejm zobowiązał ministra spraw wewnętrznych do przedstawienia informacji o wysokich urzędnikach państwowych, parlamentarzystach i samorządowcach figurujących jako współpracownicy komunistycznych służb bezpieczeństwa.
Była to oficjalna uchwała Sejmu.
Nie prywatna inicjatywa Antoniego Macierewicza.
4 czerwca Macierewicz wykonał uchwałę i przekazał przewodniczącym klubów parlamentarnych koperty zawierające nazwiska osób znajdujących się w ewidencji służb.
Tej samej nocy Sejm odwołał rząd Jana Olszewskiego.
I tutaj również trzeba postawić grubą kreskę.
Nie można uczciwie napisać, że rząd Olszewskiego upadł wyłącznie z powodu ujawnienia listy.
Był rządem mniejszościowym.
Nie miał stabilnego zaplecza.
Pozostawał w ostrym konflikcie z Lechem Wałęsą.
Prezydent wycofał swoje poparcie dla gabinetu już 26 maja — dwa dni przed przyjęciem uchwały lustracyjnej.
Ale nie sposób również udawać, że kolejność zdarzeń nie miała znaczenia.
28 maja Sejm nakazał ujawnić informacje.
4 czerwca informacje zostały przekazane.
W nocy z 4 na 5 czerwca rządu już nie było.
Nie dowodzi to jednego wielkiego spisku.
Pokazuje jednak, jaką temperaturę od początku III RP osiągały dokumenty dotykające dawnych służb, ich współpracowników i wpływu na nowe państwo.
Lista Macierewicza z 1992 roku i Aneks WSI to nie ten sam dokument.
Nie dotyczą tego samego okresu.
Nie powstały w tej samej procedurze.
Łączy je jednak jedno pytanie:
co robi polskie państwo, kiedy dokument o służbach przestaje być archiwum, a zaczyna dotykać ludzi posiadających realną władzę?
W 1992 roku dokumenty pojawiły się i rząd upadł jednej nocy.
W 2026 roku dokument nie może się pojawić, bo kolejne instytucje odsyłają go sobie pocztą.
Metody się zmieniły.
Temperatura kartofla pozostała ta sama.
## Najpierw raport. Potem szuflada
W 2006 roku zlikwidowano Wojskowe Służby Informacyjne.
Przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej Antoni Macierewicz przygotował raport dotyczący działalności WSI. W lutym 2007 roku, na podstawie postanowienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dokument został podany do publicznej wiadomości.
Ale raport nie zakończył sprawy.
Powstało jeszcze uzupełnienie — dokument, który dziś znamy jako Aneks do raportu WSI.
I właśnie tutaj zaczyna się historia znacznie ciekawsza od wszystkich późniejszych opowieści o tym, kto podobno znajduje się na której stronie.
Bo pierwszym człowiekiem, który dostał gorącego kartofla, nie był Donald Tusk.
Nie był Bronisław Komorowski.
Nie był Andrzej Duda.
Był nim Lech Kaczyński.
I nie opublikował dokumentu.
To bardzo ważny fakt, bo już na początku rozwala najprostszą partyjną narrację.
Lech Kaczyński nie twierdził, że Aneks jest świętym objawieniem prawdy, które wystarczy wydrukować.
Przeciwnie.
W sierpniu 2008 roku powiedział:
„Nie opublikuję raportu w tej wersji”.
Tłumaczył, że dokument miejscami jest interesujący, ale zawiera zbyt wiele fragmentów, w których fakty zostały zastąpione interpretacjami, a wnioski wyciągnięto bez wystarczających podstaw.
To nie była kosmetyczna uwaga.
To był zarzut dotyczący jakości materiału.
W tym samym czasie sprawą zajmował się Trybunał Konstytucyjny.
I tutaj trzeba bardzo precyzyjnie oddzielić to, co Trybunał rzeczywiście orzekł, od tego, co przez kolejne lata politycy wkładali mu w usta.
Wyrok z 27 czerwca 2008 roku, sygnatura K 51/07, nie zakazał publikacji Aneksu jako takiej.
Trybunał zakwestionował możliwość publikowania informacji dotyczących konkretnych osób bez zapewnienia odpowiednich gwarancji proceduralnych.
W późniejszym podsumowaniu własnego orzecznictwa TK wskazywał, że niedopuszczalne jest publikowanie raportów dotyczących określonych osób bez uprzedniej anonimizacji danych osobowych, jeżeli osoby te nie miały zagwarantowanego prawa do wysłuchania, dostępu do akt i zakwestionowania zawartych w raporcie twierdzeń.
Innymi słowy:
Trybunał nie powiedział:
Aneks ma pozostać tajny na zawsze.
Powiedział:
państwo nie może publikować takich informacji, ignorując prawa osób opisanych w dokumencie.
I dlatego właśnie w 2026 roku Kancelaria Prezydenta przygotowała wersję zanonimizowaną.
To istotne.
Bo powoływanie się po osiemnastu latach wyłącznie na wyrok TK zaczyna brzmieć coraz słabiej.
Jeżeli przez osiemnaście lat państwo nie potrafiło przygotować bezpiecznej wersji jednego dokumentu, problemem przestaje być sam wyrok.
Problemem staje się polityczna i instytucjonalna bezczynność.
## Komorowski. Tutaj kartofel zaczyna parzyć najmocniej
Po katastrofie smoleńskiej dokument znalazł się w gestii Bronisława Komorowskiego.
I Komorowski przynajmniej nie bawił się w niedomówienia.
Zapytany wprost o Aneks odpowiedział:
„Nie, publikacji aneksu WSI nie będzie”.
Powołał się przy tym na zastrzeżenia Lecha Kaczyńskiego i stwierdził, że zasadniczo je podziela.
Można się z jego decyzją zgadzać albo nie.
Ale przynajmniej wiedzieliśmy, gdzie kartofel leży.
W sejfie.
Problem w tym, że właśnie przy nazwisku Bronisława Komorowskiego temperatura tej historii gwałtownie rośnie.
I właśnie tutaj wchodzi Wojciech Sumliński.
## Kogo najbardziej parzy ten kartofel?
Według narracji przedstawianej przez Sumlińskiego odpowiedź ma być prosta:
Bronisława Komorowskiego.
Sumliński przez lata opisywał związki polityki, biznesu i dawnych wojskowych służb. Później twierdził wraz z Tomaszem Budzyńskim, że podczas pracy nad swoimi publikacjami uzyskał dostęp do Aneksu.
W jego opowieści Komorowski zajmuje miejsce szczególne.
I właśnie tutaj trzeba postawić grubą kreskę.
To jest twierdzenie Sumlińskiego.
Nie ustalony fakt.
Piotr Woyciechowski, były wiceprzewodniczący Komisji Likwidacyjnej WSI i członek Komisji Weryfikacyjnej, publicznie kwestionował nawet samą deklarację Sumlińskiego o dostępie do dokumentu.
A więc mamy spór.
Tyle że później pojawił się jeszcze jeden głos, którego zignorować znacznie trudniej.
Sławomir Cenckiewicz, już jako szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, mówił o analizie Aneksu prowadzonej jeszcze za prezydentury Andrzeja Dudy.
I stwierdził:
„większość fragmentów aneksu pokrywała się jeden do jeden z tym, co opublikował Wojciech Sumliński”.
To zmienia temperaturę dyskusji.
Nie oznacza, że każda teza Sumlińskiego jest prawdziwa.
Nie oznacza, że każda interpretacja przedstawiona w jego książkach znajduje potwierdzenie.
Nie oznacza nawet, że Sumliński rzeczywiście miał w ręku oryginalny Aneks.
Ale oznacza coś innego.
Sprawy nie da się już zamknąć prostym zdaniem:
„Sumliński opowiada bajki, bo Aneksu nie widział”.
Jeżeli człowiek kierujący BBN i uczestniczący w procesie przygotowania dokumentu do ewentualnego ujawnienia mówi, że większość jego fragmentów pokrywa się z materiałami opublikowanymi przez Sumlińskiego, to warto wreszcie zobaczyć dokument źródłowy.
I porównać.
Nie wierzyć Sumlińskiemu.
Nie wierzyć Woyciechowskiemu.
Nie wierzyć Cenckiewiczowi.
Sprawdzić.
Bo właśnie od tego są dokumenty.
Ale jest coś, czego nie trzeba brać z książek Sumlińskiego.
To wydarzenia z 2007 roku.
Były oficer wojskowych służb PRL Aleksander Lichocki spotykał się z ówczesnym marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim.
Według ujawnionej później w mediach treści zeznań Komorowskiego Lichocki miał zaoferować mu możliwość zapoznania się z fragmentem Aneksu dotyczącym jego osoby.
Sam Komorowski potwierdzał, że taka propozycja padła.
Przedstawiał swoje zachowanie jako próbę rozeznania sytuacji i możliwej prowokacji. Twierdził również, że informował o sprawie odpowiednie osoby.
I tego nie wolno mieszać z tezą, że Komorowski zrobił coś nielegalnego albo że Aneks cokolwiek przeciwko niemu udowadnia.
Tego nie wiemy.
Wiemy natomiast, że:
nazwisko Komorowskiego pojawiało się w publicznym sporze wokół Aneksu,
oferowano mu możliwość dotarcia do fragmentu dotyczącego jego osoby,
później jako prezydent miał Aneks w swojej gestii,
a następnie powiedział jednoznacznie:
publikacji nie będzie.
Czy to dowodzi winy?
Nie.
Czy dowodzi, że Sumliński ma rację?
Nie.
Ale czy sprawia, że pytanie o Komorowskiego staje się jednym z najciekawszych pytań całej historii?
Oczywiście.
Bo jeśli Sumliński się myli, publikacja odpowiednio zanonimizowanego dokumentu może osłabić przynajmniej część jego narracji.
Jeśli ma rację choć częściowo, ujawnienie Aneksu może potwierdzić opisane przez niego mechanizmy, zdarzenia i zależności.
A jeżeli analiza, o której mówi Cenckiewicz, rzeczywiście wykazała daleko idącą zbieżność Aneksu z publikacjami Sumlińskiego, pytanie robi się jeszcze ciekawsze.
A jeśli Aneks wcale Komorowskiego nie parzy?
To dlaczego właśnie jego nazwisko od lat wraca w tej historii tak często?
I dlaczego człowiek, którego miało to dotyczyć, później jako prezydent powiedział:
nie publikujemy?
To nadal nie jest dowód.
Ale to jest pytanie, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion.
## Dziesięć lat Andrzeja Dudy
W 2015 roku prezydentem został Andrzej Duda.
PiS przejął władzę.
Antoni Macierewicz został ministrem obrony narodowej.
Jeżeli kiedykolwiek istniała polityczna konfiguracja sprzyjająca ujawnieniu dokumentu, trudno wyobrazić sobie lepszą.
Jedna strona miała prezydenta.
Miała rząd.
Miała większość parlamentarną.
Miała autora raportu w kierownictwie MON.
No to publikujemy?
Nie.
Andrzej Duda został w 2017 roku zapytany o Aneks wprost.
Odpowiedział:
„Znam i nie widzę powodu, dla którego miałby być ten aneks ujawniony do dyspozycji publicznej”.
Dziesięć lat prezydentury.
Dwie pełne kadencje.
I nic.
To jest punkt, którego nie można pominąć.
Bo jeśli ktoś chce całą historię sprowadzić do zdania:
„Platforma ukrywa Aneks, bo się boi”
— musi odpowiedzieć na pytanie:
dlaczego nie opublikował go Andrzej Duda?
Czego się bał?
A może się nie bał?
Może po przeczytaniu dokumentu uznał, że publikacja przyniosłaby państwu więcej szkody niż pożytku.
Może w środku rzeczywiście znajdują się informacje, które należy chronić.
Może część materiału jest słaba.
Może Lech Kaczyński miał rację i dokument zawiera zbyt wiele interpretacji, a za mało dowodów.
Nie wiemy.
Ale właśnie dlatego legenda żyje.
Bo kolejny człowiek, który mógł ją przeciąć, zostawił dokument następcy.
I jeżeli kartofel najbardziej parzy Komorowskiego, jak twierdzi Sumliński, to dlaczego Andrzej Duda przez dziesięć lat nie położył go na stole?
To jedno pytanie chroni ten tekst przed najprostszą propagandą.
Pokazuje, że sprawa nie dzieli się łatwo na dobrych, którzy chcą prawdy, i złych, którzy ją ukrywają.
## Wchodzi Karol Nawrocki
W 2026 roku po raz pierwszy od lat coś rzeczywiście ruszyło.
23 kwietnia Kancelaria Prezydenta poinformowała, że po analizach przeprowadzonych w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego Karol Nawrocki przeszedł do formalno-prawnego etapu bezpośrednio zmierzającego do odtajnienia i podania Aneksu do publicznej wiadomości.
Zanonimizowany dokument został przekazany marszałkowi Sejmu Włodzimierzowi Czarzastemu oraz marszałek Senatu Małgorzacie Kidawie-Błońskiej w celu zaopiniowania.
Kancelaria podkreśliła jednocześnie bardzo ważną rzecz:
opinie marszałków nie mają charakteru wiążącego dla prezydenta.
Czyli po prawie dwóch dekadach ktoś wreszcie wyciągnął kartofla z sejfu.
Ale trzeba zachować precyzję.
Nawrocki nie opublikował Aneksu.
Uruchomił procedurę zmierzającą do jego publikacji.
To ważny krok.
Ale krok to jeszcze nie meta.
## Zwrot do nadawcy
I tutaj polska polityka osiąga poziom prawie kabaretowy.
Prezydent wysyła dokument marszałkom.
Marszałkowie mają go zaopiniować.
Co robią marszałkowie?
Odsyłają dokument prezydentowi.
Małgorzata Kidawa-Błońska odmówiła wydania opinii, argumentując między innymi kwestiami konstytucyjnymi i niewykonaniem wyroku TK z 2008 roku.
Włodzimierz Czarzasty również opinii nie wydał i polecił zwrócić przesyłkę do Kancelarii Prezydenta.
Przedtem powiedział coś, co właściwie mogłoby być mottem całej historii:
niech prezydent bierze odpowiedzialność na siebie.
I proszę się nad tym zdaniem zatrzymać.
Bo ono jest ważniejsze niż sto konferencji prasowych.
Nie mówię:
ujawniamy.
Nie mówię:
nie ujawniamy.
Mówię:
ty bierz odpowiedzialność.
Oto cały mechanizm gorącego kartofla zamknięty w jednym zdaniu.
Ale jest jeszcze coś.
Czarzasty powiedział później, że ani on, ani Kidawa-Błońska przesyłki w ogóle nie otworzyli.
I tutaj kończy się poważna opinia o konkretnym dokumencie, a zaczyna polityczny unik.
Bo marszałkowie nie ocenili materiału, który przeczytali.
Odesłali materiał, którego nie przeczytali.
## Czarzasty ma argument
I właśnie dlatego ten tekst nie może być prostą szyderą.
Czarzasty podnosi argument dotyczący bezpieczeństwa państwa.
Wskazuje, że nawet zanonimizowane informacje mogą poprzez kontekst operacyjny pozwolić obcym służbom ustalić tożsamość ludzi współpracujących z polskim wywiadem.
To nie jest argument idiotyczny.
To nie jest nawet argument partyjny.
To realny problem każdego państwa prowadzącego działalność wywiadowczą.
Jeżeli istnieją fragmenty, których ujawnienie rzeczywiście może narazić ludzi, źródła informacji albo bieżące interesy Polski — nie należy ich publikować.
Tylko że nie można rzetelnie ocenić, czy właśnie ta anonimizacja jest niewystarczająca, jeżeli nie przeczytało się ani jednej strony.
Można było napisać:
ten fragment należy usunąć,
ten opis wymaga dalszej anonimizacji,
ta część może zdradzić tożsamość źródła,
tych informacji państwo nadal musi chronić.
Prezydent nie prosił marszałków o polityczną zgodę.
Ustawa przewiduje ich niewiążące opinie.
Zamiast opinii po lekturze dostaliśmy zwrot do nadawcy bez otwierania przesyłki.
To nie była negatywna opinia po analizie.
To była odmowa wzięcia udziału w analizie.
I właśnie tak państwo zamienia odpowiedzialność w paczkę pocztową.
## Nawrocki również ma jeszcze ruch do wykonania
Tylko że odesłanie dokumentu przez marszałków nie kończy sprawy.
Kancelaria Prezydenta sama podkreśliła, że ich opinie nie są wiążące.
Nawrockiemu należy zapisać, że jako pierwszy od lat uruchomił formalną procedurę zmierzającą do ujawnienia Aneksu.
Nie należy mu jednak jeszcze zapisywać publikacji dokumentu, którego nadal nie opublikowano.
Odesłana koperta nie zamyka drogi.
Prezydent może podjąć następny krok.
Może przygotować postanowienie o publikacji i doprowadzić do sytuacji, w której pytanie o kontrasygnatę premiera przestanie być polityczną hipotezą i anonimowym przeciekiem.
Wtedy będzie wiadomo, czy Donald Tusk udziela kontrasygnaty.
Czy jej nie udziela.
Bez:
„podobno”.
Bez:
„nieoficjalnie”.
Bez informatora z korytarza.
Podpis albo brak podpisu.
Odpowiedzialność przypisana do konkretnej decyzji.
## I wtedy na scenę wchodzi Donald Tusk
Publikacja Aneksu wymagałaby postanowienia prezydenta.
Taki akt nie należy do konstytucyjnego katalogu osobistych prerogatyw głowy państwa, dlatego wymaga kontrasygnaty Prezesa Rady Ministrów.
Tak było również w 2007 roku.
Postanowienie Lecha Kaczyńskiego o publikacji pierwotnego raportu podpisał także premier Jarosław Kaczyński.
19 maja 2026 roku RMF FM podało nieoficjalnie, że Donald Tusk nie zamierza udzielić kontrasygnaty potrzebnej do publikacji Aneksu.
I tutaj znowu trzeba oddzielić dokument od interpretacji.
Nie ma publicznie dostępnej oficjalnej odmowy samego premiera.
Nie ma ogłoszonej decyzji KPRM.
Nie wiadomo również, czy gotowe postanowienie prezydenta zostało już formalnie przedstawione Donaldowi Tuskowi do podpisu.
Dlatego dzisiaj nie można uczciwie napisać:
„Donald Tusk zablokował publikację Aneksu”.
Można natomiast zadać mu pytanie, przed którym nie powinien mieć możliwości ucieczki:
Jeżeli postanowienie trafi na pańskie biurko, podpisze je pan czy odmówi kontrasygnaty?
Bez anonimowych informatorów.
Bez przecieków.
Bez zdania:
„podobno nie podpisze”.
Tak albo nie.
Bo jeśli premier uważa, że publikacja zagraża bezpieczeństwu państwa, powinien powiedzieć to obywatelom wprost i przedstawić podstawę swojego stanowiska w takim zakresie, w jakim pozwala na to prawo.
Jeśli natomiast problem jest polityczny, również powinniśmy to zobaczyć.
Kartofel odbył już wystarczająco długą drogę.
Z Pałacu Prezydenckiego do Sejmu.
Z Sejmu z powrotem do Pałacu.
Teraz czeka na ruch prezydenta i ewentualną kontrasygnatę premiera.
Kto następny?
Może listonosz?
## Kto więc naprawdę boi się kartofla?
Komorowski?
Tak twierdzi Sumliński.
Donald Tusk i jego środowisko?
To jedna z najpopularniejszych politycznych interpretacji.
Ludzie dawnych służb?
Możliwe, jeśli w dokumencie rzeczywiście znajdują się informacje dotyczące struktur, kontaktów i działań WSI.
Biznes?
Media?
Politycy kilku obozów naraz?
A może nikt nie boi się samej treści.
Może wszyscy boją się odpowiedzialności.
Bo publikacja może narazić państwo na procesy.
Może ujawnić informacje, których ujawniać nie wolno.
Może skompromitować jednych.
Ale może również skompromitować tych, którzy od dwudziestu lat obiecują wielką bombę.
Może obalić legendy budowane przez przeciwników WSI.
Może także potwierdzić, że część tych legend miała realne podstawy.
A może po publikacji nastąpi wielkie:
„To wszystko?”
Może część nazwisk nikogo już nie interesuje.
Może część opisów jest nie do obrony.
Może Lech Kaczyński miał rację i w dokumencie jest za dużo interpretacji, a za mało dowodów.
Może Andrzej Duda po przeczytaniu Aneksu doszedł do podobnego wniosku.
Może nie ma żadnej bomby.
Tylko wtedy wraca najprostsze pytanie:
jeżeli ten kartofel jest zimny, dlaczego wszyscy obchodzą się z nim jak z rozgrzanym żelazem?
Jeżeli Aneks jest tylko zbiorem publicystyki i starych interpretacji — czego się bać?
Jeżeli jest groźny dla bezpieczeństwa państwa — dlaczego przez prawie dwadzieścia lat nie przygotowano wersji możliwej do bezpiecznej publikacji?
Jeżeli najbardziej parzy Komorowskiego — dlaczego nie opublikował go Duda?
Jeżeli nie parzy nikogo — dlaczego każdy tak ostrożnie przekazuje odpowiedzialność następnemu?
To właśnie te pytania są dzisiaj ciekawsze niż wszystkie przecieki.
## A co twierdzi Sumliński?
Twierdzi dużo.
Za dużo, żeby wszystko tutaj przepisywać.
W jego publikacjach wokół WSI pojawiają się politycy, biznesmeni, media, dawne służby, interesy gospodarcze i mechanizmy wpływu sięgające okresu transformacji.
W tej opowieści szczególne miejsce zajmuje Bronisław Komorowski.
Ale nie zamierzam pisać:
„Sumliński powiedział, więc tak było”.
Tym bardziej interesujące stają się jednak słowa Cenckiewicza o zbieżności większości fragmentów Aneksu z materiałami opublikowanymi przez Sumlińskiego.
To nie jest certyfikat prawdziwości całej jego publicystyki.
To jest powód, żeby wreszcie porównać źródło z opowieścią.
Jeżeli Aneks zostanie opublikowany w wersji zanonimizowanej, nie każdą tezę Sumlińskiego będzie można sprawdzić nazwisko po nazwisku.
Będzie jednak można porównać opisane mechanizmy, wydarzenia, daty i konstrukcję poszczególnych wątków.
Strona po stronie.
Wątek po wątku.
Teza po tezie.
Jeżeli zaś anonimizacja zamieni dokument w zbiór czarnych prostokątów, państwo powinno jasno wskazać, jakie kategorie informacji usunięto i na jakiej podstawie prawnej.
Dopiero wtedy okaże się, kto przez lata mówił prawdę, kto przesadzał, kto interpretował, a kto budował legendę.
Dzisiaj możemy powiedzieć tylko:
Sumliński przedstawia swoją wersję.
Woyciechowski ją kwestionuje.
Cenckiewicz mówi, że większość fragmentów Aneksu pokrywała się z tym, co Sumliński opublikował.
Lech Kaczyński uznał otrzymaną wersję dokumentu za zbyt słabą do publikacji.
Komorowski powiedział, że publikacji nie będzie.
Duda stwierdził, że zna Aneks i nie widzi powodu, by go ujawniać.
Nawrocki uruchomił procedurę zmierzającą do publikacji.
Marszałkowie odesłali dokument bez otwierania.
O stanowisku Tuska słyszymy na razie nieoficjalnie.
I tak właśnie buduje się mit.
Nie teorią.
Ciszą.
## Nie pytam, kto jest agentem
Bo nie wiem.
Nie pytam, kto „pracował dla kogo”, bo bez dokumentów byłoby to zwykłe rzucanie oskarżeń.
Nie twierdzę, że Aneks obali III RP.
Nie wiem nawet, czy kogokolwiek jeszcze poważnie zaboli.
Pytam o coś znacznie prostszego.
Dlaczego demokratyczne państwo przez prawie dwadzieścia lat nie potrafiło podjąć ostatecznej decyzji w sprawie jednego dokumentu?
Albo publikujemy to, co można bezpiecznie opublikować.
Albo państwo jasno przedstawia obywatelom, jakie kategorie informacji nadal wymagają ochrony i dlaczego.
Ale nie można bez końca mówić:
jeszcze opinia,
jeszcze analiza,
jeszcze anonimizacja,
jeszcze wyrok,
jeszcze marszałek,
jeszcze prezydent,
jeszcze premier,
jeszcze następna kadencja.
Bo wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy problemem naprawdę jest dokument.
Czy może odpowiedzialność za jego otwarcie.
## Najbezpieczniejszy adres: następca
I być może właśnie to jest prawdziwa historia Aneksu WSI.
Nie wielki spisek.
Nie tajne loże.
Nie agentura na każdej ulicy.
Tylko stary, dobry mechanizm polityczny:
niech zdecyduje następny.
Lech Kaczyński odmówił opublikowania otrzymanej wersji.
Komorowski schował dokument w sejfie.
Duda znał jego treść i przez dziesięć lat nie widział powodu do publikacji.
Nawrocki uruchomił procedurę.
Marszałkowie odesłali mu dokument bez otwierania.
Teraz ruch ponownie należy do prezydenta.
A jeśli postanowienie wymagające kontrasygnaty trafi do premiera, odpowiedzialność za następny ruch będzie należała również do Donalda Tuska.
Kartofel wciąż jest w grze.
I nikt nie chce zostać człowiekiem, którego nazwisko historia zapisze pod jednym z dwóch zdań:
„To on ujawnił Aneks”.
Albo:
„To on ostatecznie zatrzymał jego ujawnienie”.
Znacznie bezpieczniej powiedzieć:
procedura trwa.
## Prawie dwadzieścia lat później
Prawie dwadzieścia lat później polskie państwo nie ma już problemu z brakiem procedury.
Ma problem z brakiem decyzji.
Lech Kaczyński powiedział:
ta wersja jest za słaba.
Bronisław Komorowski:
nie opublikuję.
Andrzej Duda:
znam i nie widzę powodu.
Czarzasty i Kidawa-Błońska:
odsyłamy bez otwierania.
O Donaldzie Tusku słyszymy nieoficjalnie:
nie podpisze.
Karol Nawrocki uruchomił procedurę, ale jeszcze jej nie zakończył.
Każdy ma inne uzasadnienie.
Skutek od prawie dwudziestu lat pozostaje ten sam:
obywatel ma ufać, a decydent nie musi odpowiadać.
Być może któregoś dnia Aneks zostanie opublikowany i nastąpi wielkie:
„To wszystko?”
Bardzo możliwe.
A może przeciwnie.
Może okaże się, że niektóre historie, które przez lata funkcjonowały jako polityczne legendy, miały realne podstawy.
Tego dzisiaj nie wiem.
I właśnie dlatego chciałbym ten dokument zobaczyć.
Nie dlatego, że wierzę każdemu, kto od dwudziestu lat opowiada, co podobno jest w środku.
Tylko dlatego, że mam już dość słuchania ludzi, którzy wiedzą, co tam jest, ale nie mogą pokazać, dlaczego wiedzą.
A jeszcze bardziej mam dość polityków, którzy najpierw zapowiadają trzęsienie ziemi, a potem ostrożnie przekładają paczkę na biurko następnego urzędnika.
Bo scenariusz zawsze wygląda tak samo.
Flesze.
Konferencja.
Wielkie słowa.
Racja stanu.
Prawda.
Historia.
Potem gasną kamery.
I zostaje paczka.
Zwrot do nadawcy.
Nie wiem, kogo parzy treść Aneksu.
Wiem natomiast, komu od prawie dwudziestu lat parzy odpowiedzialność za postawienie go na stole.
Więc zapytajmy jeszcze raz:
Kto naprawdę boi się tego kartofla?
Kogo parzy najbardziej?
I dlaczego po prawie dwudziestu latach nadal nikt nie chce podpisać się pod ostateczną decyzją?



Komentarze
Pokaż komentarze