Jutro przypada 83. rocznica Krwawej Niedzieli – dnia, który na zawsze zapisał się w historii Polski jako symbol jednej z najtragiczniejszych zbrodni dokonanych na naszych rodakach.
11 lipca 1943 roku oddziały UPA i wspierające je grupy nacjonalistów zaatakowały jednocześnie dziesiątki polskich miejscowości na Wołyniu. Mordowano całe rodziny. Nie oszczędzano kobiet, dzieci ani starców. Celem było jedno – usunięcie Polaków z tych ziem na zawsze.
Mija 83 lata.
Wydawałoby się, że po takim czasie sprawa powinna być oczywista. Sprawcy nazwani po imieniu. Ofiary godnie pochowane. Prawda historyczna bezdyskusyjna.
A jednak nadal trwa spór.
Spór o ekshumacje.
Spór o pamięć.
Spór o to, czy wolno głośno mówić o ludobójstwie, gdy może to być niewygodne politycznie.
W ostatnich dniach temat Wołynia ponownie wrócił do debaty publicznej. Powodem była między innymi decyzja prezydenta Ukrainy o nadaniu jednej z jednostek wojskowych nazwy „Bohaterów UPA”.
Dla części Ukraińców UPA pozostaje symbolem walki o niepodległość.
Dla Polaków pozostaje symbolem ludobójstwa.
I właśnie tutaj zaczyna się problem.
Można rozmawiać o historii. Można analizować motywacje, cele polityczne czy realia wojny. Nie wolno jednak zapominać, że żaden cel polityczny nie usprawiedliwia mordowania bezbronnych ludzi.
Dlatego z ogromnym zdziwieniem obserwuję próby rozmywania odpowiedzialności.
Kilka dni temu ogromne emocje wywołały słowa historyka Piotra Gontarczyka, który napisał, że celem działania UPA nie było mordowanie Polaków, lecz walka o niepodległość Ukrainy.
Być może intencją autora było rozróżnienie celu politycznego od stosowanych metod.
Problem polega na tym, że dla rodzin ofiar takie słowa brzmią zupełnie inaczej.
Bo jeśli środkiem do realizacji celu była czystka etniczna, masowe mordy i terror wobec ludności cywilnej, to nie można oddzielać jednego od drugiego grubą kreską.
Historia wymaga precyzji.
Zwłaszcza wtedy, gdy wypowiadają ją ludzie związani z instytucjami odpowiedzialnymi za ochronę pamięci narodowej.
Niepokojące jest również zachowanie części polityków.
Gdy w Sejmie pojawia się projekt dotyczący propagowania ideologii OUN-UPA, część posłów wybiera nieobecność.
Oczywiście można być za.
Można być przeciw.
Można się wstrzymać.
Każda z tych decyzji wymaga odwagi.
Coraz częściej obserwujemy jednak czwartą opcję:
Nie ma mnie.
Nie głosowałem.
Nie musicie wiedzieć, jakie mam stanowisko.
Tymczasem nieobecność również jest decyzją.
Polityk został wybrany po to, by reprezentować obywateli i zajmować stanowisko w sprawach ważnych dla państwa.
Wołyń bez wątpienia jest jedną z takich spraw.
Na szczęście pojawiają się również pozytywne informacje.
Po latach sporów i blokad Ukraina zaczęła wydawać zgody na kolejne ekshumacje polskich ofiar.
To krok w dobrą stronę.
Ale jednocześnie warto zadać pytanie:
Dlaczego rodziny pomordowanych musiały czekać na takie decyzje przez dziesięciolecia?
Dlaczego prawo człowieka do godnego pochówku stało się przedmiotem politycznych negocjacji?
Prawo do grobu nie powinno zależeć od aktualnych relacji między rządami.
Nie powinno być kartą przetargową.
Nie powinno wymagać niczyjej łaski.
Jutro politycy znów złożą kwiaty.
Znów usłyszymy o pamięci.
Znów padną słowa o pojednaniu.
Prawdziwy test przychodzi jednak nie podczas uroczystości.
Przychodzi wtedy, gdy trzeba nazwać sprawców po imieniu.
Gdy trzeba upomnieć się o ekshumacje.
Gdy trzeba zaprotestować przeciw gloryfikowaniu organizacji odpowiedzialnych za ludobójstwo.
Gdy trzeba zagłosować.
Gdy trzeba podjąć decyzję.
Po 83 latach Polska nie powinna już walczyć o prawo do pamięci.
A jednak nadal musi.
I właśnie dlatego jutro, bardziej niż kiedykolwiek, warto przypomnieć sobie prostą zasadę:
Pamięć nie jest narracją.
Pamięć jest prawdą.
Polaku, nie bądź obojętny — zostaw komentarz. Twoja bierność to cicha zgoda.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)