Ilustracja AI / teatr polityczny
Ilustracja AI / teatr polityczny
SquareWrestler SquareWrestler
344
BLOG

Kilka słów dla zakutych łbów

SquareWrestler SquareWrestler Polityka Obserwuj notkę 7
To nie jest już zwykła polityka. To teatrzyk dla narodu, w którym obywatel ma klaskać swoim, pluć na tamtych i nie zaglądać pod stół, gdzie leżą podpisy, umowy, spółki, interesy i odpowiedzialność, której nikt nie chce podnieść.

„Dotarło, zakute łby?” — zapytał premier Donald Tusk, mówiąc o pieniądzach z programu SAFE.


No to dotarło.


Dotarło, że ludzie coraz wyraźniej widzą ten polityczny cyrk objazdowy, który od lat jeździ po Polsce z tym samym numerem, tylko zmienia afisze.


Raz klaun ma znaczek PO. Raz PiS. Raz mówi o praworządności. Raz o suwerenności. Raz o standardach. Raz o naprawie państwa.


A za kulisami ten sam stary stolik, te same łapska i ta sama sztuczka: obywatel ma patrzeć na scenę, a nie pod stół.


Bo pod stołem leżą podpisy, umowy, spółki, fundusze, stanowiska, interesy i odpowiedzialność, której nikt nie chce podnieść.


Skoro szef rządu może mówić takim językiem wobec przeciwników politycznych i obywateli, to obywatel ma prawo odpowiedzieć mu tym samym zwrotem, tylko odwróconym w stronę władzy.


Dotarło, że ludzie widzą teatrzyk?


Bo w Polsce problem od dawna nie polega wyłącznie na tym, że jedna partia kłamie, druga kręci, a trzecia obiecuje. Problem jest głębszy.


Od lat oglądamy spektakl wymiany władzy, w którym obywatel ma wierzyć, że za każdym razem zaczyna się nowe otwarcie. Nowe otwarcie, stary zapach. Nowe hasła, stare mechanizmy. Nowe konferencje, stare numery.


Zmienia się szyld. Zmienia się język. Zmienia się dekoracja. Zmienia się prowadzący konferencję.


Ale pytania pozostają te same:


Kto podpisał? Kto zarobił? Kto odpowiada?


I właśnie tych pytań władza najbardziej nie lubi.


Na scenie mamy wielki konflikt. Jedni krzyczą „PiS”, drudzy krzyczą „Tusk”. Jedni straszą autorytaryzmem, drudzy zdradą narodową. Jedni niosą Konstytucję na sztandarach, drudzy mówią o suwerenności.


A obywatel ma siedzieć na trybunach, żreć popcorn z partyjnego wiadra i gwizdać wtedy, kiedy mu każą.


Nie ma pytać o dokumenty. Nie ma pytać o podpisy. Nie ma pytać o interes. Nie ma pytać, gdzie kończy się państwo, a zaczyna układ.


Ma wybrać drużynę i bronić jej nawet wtedy, gdy jego drużyna robi dokładnie to, za co wcześniej pluła na przeciwnika.


Ten mechanizm nie narodził się wczoraj.


Symbolicznie można go zobaczyć już przy „nocnej zmianie” i upadku rządu Jana Olszewskiego. Po wykonaniu uchwały lustracyjnej z maja 1992 roku prezydent Lech Wałęsa złożył wniosek o natychmiastowe odwołanie rządu, a Sejm przegłosował wotum nieufności nocą z 4 na 5 czerwca 1992 roku. Za odwołaniem głosowało 273 posłów, przeciw było 119, a 33 wstrzymało się od głosu.


Można dyskutować o procedurach. Można mówić o chaosie. Można mówić o politycznej arytmetyce.


Ale społeczny obraz był prosty:


Ruszono teczki — i system natychmiast się skonsolidował.


Ludzie, którzy na co dzień mieli być przeciwnikami, nagle potrafili wspólnie zatrzymać proces, który mógł odsłonić zbyt wiele zależności.


I to jest pierwszy wielki refren III RP:


Kiedy zagrożone są kulisy, scena natychmiast zmienia spektakl.


Potem ten schemat wracał w różnych kostiumach.


Gabriel Janowski został zapamiętany przez wielu nie jako polityk, który sprzeciwiał się wyprzedaży i pospiesznej prywatyzacji strategicznego majątku państwowego, ale jako „ten dziwny z Sejmu”. Obrazek przykrył sprawę.


Bo tak działa ta maszynka: najpierw kompromitujący kadr, potem śmiech, potem łatka, a na końcu już nikt nie pyta, o co człowiek właściwie walczył.


Andrzej Lepper przez lata był przedstawiany jako cham od blokad, populista i polityczny folklor. Zanim część społeczeństwa zaczęła pytać, co właściwie wiedział, wcześniej dostała gotową instrukcję odbioru: nie słuchać, śmiać się.


Grzegorz Braun dziś jest często sprowadzany do jednego kadru: „ten od gaśnicy”. Nieważne, o co pyta. Nieważne, czy dotyka symboli państwa, suwerenności, relacji zewnętrznych czy interesu narodowego. Wystarczy etykieta. Wystarczy mem. Wystarczy skrót w telewizji.


To jest stara technologia.


Nie trzeba pokonać argumentu, jeśli wcześniej zniszczy się człowieka, który ten argument niesie.


Choć kaliber i tło działań tych postaci są różne, mechanizm pozostaje ten sam.


Lepper był tu szczególnie ciężkim przypadkiem. Był wicepremierem. Był ministrem. Wszedł do centrum władzy. Widział kulisy koalicji, służb, prowokacji, nacisków i mechanizmów, których zwykły „krzykacz” nie powinien był zobaczyć.


Mówił o kwitach. Mówił, że miał wiedzę. Dawał do zrozumienia, że nie wszystko zostało powiedziane publicznie.


A potem przyszła seria, której normalny obywatel nie ma obowiązku łykać bez pytań. Z jego otoczenia odchodzili kolejni ludzie. Media po latach nadal opisywały zgony osób związanych z Samoobroną i środowiskiem Leppera jako element, wokół którego narosły pytania i podejrzenia.


Nie trzeba udawać prokuratora. Nie trzeba dopisywać pewności tam, gdzie nie ma publicznego dowodu. Ale nie trzeba też udawać dziecka.


Człowiek od „kwitów”, człowiek z dostępem do kulis, człowiek wcześniej ośmieszany i politycznie izolowany, zniknął z planszy po serii dramatycznych wydarzeń w swoim otoczeniu.


To nie wyglądało neutralnie. To śmierdziało politycznie wtedy i śmierdzi do dziś.


I właśnie dlatego dzisiejszy radar społeczny odpala się przy Braunie. Nie dlatego, że każdy ma go bezkrytycznie wynosić na sztandar. Tylko dlatego, że widać znajomy schemat: najpierw ośmieszyć, potem izolować, potem przykleić etykietę, a gdy rośnie — podbierać mu tematy.


Bo Braun stał się zagrożeniem dla dwóch stron naraz.


Dla KO, bo psuje wygodny podział: kto krytykuje władzę, ten jest z PiS-u.


Dla PiS-u, bo mówi do tej części prawicy, która już nie chce słuchać opowieści: „wrócimy i naprawimy”.


Ci ludzie pamiętają, że PiS już rządził. Miał większość, media publiczne, spółki, służby, prokuraturę i ogromny mandat społeczny.


I co?


Układ jak trwał, tak trwał.


Dlatego duopol PO–PiS jest tak wygodny.


Jedni straszą Tuskiem. Drudzy straszą Kaczyńskim. A obywatel ma nie wybierać Polski, tylko bać się drugiego obozu.


To jest teatr wymiany władzy.


Osiem lat ci. Osiem lat tamci. Jak naród zaczyna się budzić, zmienia się obsada. Ale stół zostaje ten sam.


I teraz dochodzimy do obecnej władzy.


Koalicja rządząca weszła z hasłem naprawy państwa, transparentności, praworządności, standardów i kompetencji. Miało być inaczej. Miało być czyściej. Miało być profesjonalnie. Miało być bez kolesiostwa. Miało być bez propagandy. Miało być bez robienia z ludzi idiotów.


A potem przyszła praktyka.


„100 konkretów” miało być symbolem sprawczości. Tymczasem po dwóch latach okazało się, że pełna realizacja nawet jednej trzeciej tych obietnic to dla tej ekipy próg nie do przeskoczenia.


Czyli najpierw wielkie hasło. Potem audyt. Potem wymówki. Potem wina poprzedników. Potem komunikat: „ale przynajmniej PiS nie wrócił”.


To nie jest program państwa.


To polityczny płyn do szyb — psiknąć ludziom po oczach, żeby przez chwilę nic nie widzieli.


Przy CPK i kolei zgrzyt jest jeszcze mocniejszy. Państwo ogłasza Zintegrowaną Sieć Kolejową: 4700 km nowych linii, 19 magistrali i dostęp do kolei dla 27 małych oraz średnich miast. To nie jest kosmetyka. To jest robota na dekady i rynek na gigantyczne pieniądze.


I w takim momencie pojawia się temat sprzedaży pakietu Torpolu. CPK ma 38 procent akcji tej spółki, a według informacji z czerwca 2026 roku Skarb Państwa analizował przyszłość pakietu i pojawili się zainteresowani jego kupnem.


No to zadajmy proste pytanie:


Jeśli Polska ma budować tysiące kilometrów torów, to dlaczego państwo rozważa oddanie części własnego zaplecza kolejowego?


Nie chodzi o to, żeby Torpol dostawał wszystko bez przetargu. Niech startuje uczciwie. Ale jeżeli państwo ma wielką inwestycję i ma wpływ na spółkę z kompetencjami kolejowymi, to gospodarz takie narzędzie wzmacnia, a nie sprzedaje przed robotą.


Normalny gospodarz nie sprzedaje łopaty przed kopaniem fundamentów.


Ale zarządca cudzego interesu?


Ten patrzy, komu łopatę opchnąć, zanim robota się zacznie.


Bo tu znowu wraca refren:


Kto zarobi? Kto podpisze? Kto odpowie, gdy państwo zostanie z rachunkiem, a ktoś inny z marżą?


SAFE pokazuje podobny mechanizm rozmywania odpowiedzialności. Umowa została podpisana na pożyczkę 43,7 mld euro, z okresem spłaty do 45 lat i 10-letnią karencją spłaty kapitału. Oficjalny komunikat Ministerstwa Finansów wskazywał, że po stronie polskiej podpisali ją Władysław Kosiniak-Kamysz, Andrzej Domański oraz przedstawiciele BGK, nie sam premier.


I to jest piękne w tej swojej bezczelności.


Jeśli wypali — będzie narracja: rząd Tuska załatwił historyczne środki.


Jeśli będzie wtopa — łatwo będzie powiedzieć: to MON, to minister finansów, to BGK, to procedury, to Unia, to konieczność chwili.


Blask na scenie dla lidera. Odpowiedzialność techniczna rozsmarowana po instytucjach jak margaryna na czerstwym chlebie.


Tak, żeby na końcu nikt nie miał jej na palcach.


A obywatel zapłaci, jeśli coś pójdzie źle.


Sprawa pocisków Patriot dla Ukrainy dołożyła kolejną warstwę. Wiceszef MON Cezary Tomczyk mówił, że Polska przekazała Ukrainie „kilka” pocisków do systemu Patriot i że w razie zagrożenia ma otrzymać dziesięć razy więcej takiej amunicji. Wicepremier Kosiniak-Kamysz, odpowiadając na krytykę, rzucił z kolei, że „czasem nie potrzeba nawet rosyjskich służb, wystarczą pożyteczni idioci”.


Patrioty?


Obywatel pyta o polską obronę powietrzną. I słyszy, że jest pożytecznym idiotą.


Nie.


Nie wiem, czy to zdrada stanu. Od tego są dokumenty, przepisy i odpowiedzialność konstytucyjna.


Ale wiem jedno.


Przekazanie trudno dostępnej amunicji do kluczowego systemu obrony powietrznej, bez pełnej jawności decyzji, bez jasnej gwarancji uzupełnienia i bez czytelnej odpowiedzialności politycznej… śmierdzi jak cholera.


I obywatel ma prawo pytać.


Kto podpisał? Kto zgodził się na warunki? Kto dostał gwarancję? Kto odpowie, jeśli zabraknie tych pocisków wtedy, gdy będą potrzebne Polsce?


To nie jest obca narracja.


To jest kontrola władzy.


Ale właśnie tak działa system. Zamiast pokazać dokument, rzuca obelgę. Zamiast odpowiedzieć konkretem, moralnie szantażuje pytającego.


Pytasz o Patrioty? Jesteś „pożytecznym idiotą”. Pytasz o CPK? Pewnie jesteś od PiS-u. Pytasz o SAFE? Jesteś „zakuty łeb”. Pytasz o układ? Jesteś oszołom.


I tu dochodzimy do edukacji oraz hodowania wyborcy.


Bo żeby taki teatr działał przez lata, trzeba mieć społeczeństwo, które nie potrafi rozmontować narracji. Szkoła może dawać daty, definicje, wzory i testy. Ale jeśli nie uczy czytania dokumentów, rozumienia budżetu, logiki sporu, rozpoznawania manipulacji i zadawania pytań o interes, to produkuje człowieka podatnego na polityczny bajer.


System nie musi celowo ogłupiać. Wystarczy, że nie nauczy go samodzielnie demontować kłamstwa.


Resztę zrobią media, partie i algorytmy.


Dlatego ludzie w wieku 35–45 często zaczynają się budzić. Mają już własną taśmę porównawczą. Pamiętają obietnice, zmiany rządów, afery, kryzysy, emigrację, kredyty, podatki, bajki o „nowym otwarciu”.


Widzą, że co kilka lat zmienia się dekoracja, a mechanizm zostaje.


Młodsi często dopiero wchodzą w gotową narrację. Dostają świat nazwany wcześniej przez szkołę, media, TikToka, polityków i influencerów.


Jedni uczą ich nienawidzić PiS-u. Drudzy uczą ich nienawidzić Tuska. Trzeci mówią im, co jest nowoczesne. Czwarci mówią, co jest patriotyczne.


A mało kto uczy ich jednego:


Nie broń polityka. Sprawdzaj władzę.


Bo państwo nie gnije od jednego kłamstwa.


Państwo gnije wtedy, gdy obywatel przestaje być kontrolerem władzy, a zaczyna być jej ochroniarzem.


I dlatego kilka słów dla zakutych łbów brzmi tak:


Nie pytaj, czy to nasi. Pytaj, kto podpisał. Nie pytaj, czy tamci byli gorsi. Pytaj, dlaczego obecni kłamią. Nie pytaj, jak ładnie brzmi konferencja. Pytaj, gdzie jest dokument. Nie pytaj, co mówi partia. Pytaj, kto zarobi.


Nie łykaj teatrzyku dla narodu.


Patrz za kulisy.


Bo jeżeli po prawie czterech dekadach transformacji nadal dajemy się wciągać w tę samą sztukę, tylko z nowymi aktorami, to problemem nie jest już sam teatr.


Problemem jest publiczność, która za każdym razem kupuje bilet na ten sam spektakl i udaje, że ogląda premierę.

Głos obywatela, który ma dość politycznego teatru i duopolu. Zadaję pytania o dokumenty, podpisy i interes publiczny tam, gdzie władza woli rzucać etykiety. Nie bronię polityków, sprawdzam ich.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka