SquareWrestler SquareWrestler
103
BLOG

Zakute łby#6 Kto boi się Brauna?

SquareWrestler SquareWrestler Polityka Obserwuj notkę 10
Kaczyński traci ludzi, Morawiecki traci fotel premiera, a prawica może stracić większość bez polityka, którego wszyscy chcieliby zostawić za drzwiami

Zakute łby #6. Kto boi się Brauna? 


PiS właśnie pęka.


Jarosław Kaczyński mówi, że z partii odchodzi „trzydziestu kilku” posłów.


Mateusz Morawiecki odpowiada:


Mam czterdziestu posłów, senatora i trzech europosłów.


To już nie jest foch jednego byłego premiera.


To jest gotowe zaplecze pod własny klub, własne ugrupowanie i własny kawałek politycznego tortu. 


Tylko że ten spór nie wybuchł o Polskę.


Nie wybuchł o Ukrainę.


Nie wybuchł nawet o Zielony Ład.


Wybuchł o to, kto w następnym akcie zagra główną rolę.


Kaczyński wybrał już Przemysława Czarnka na kandydata PiS na premiera.


Morawiecki zobaczył więc czarno na białym:


byłeś premierem,


firmowałeś rząd,


ponosiłeś koszty,


ale następny gabinet mamy zamiar zbudować bez ciebie na czele. 


I właśnie wtedy zaczęła pękać kulisa.


Nie Ukraina ich podzieliła


W sprawie Ukrainy kierownictwo PiS przez lata mówiło zasadniczo jednym głosem.


Kaczyński popierał strategiczne wsparcie Kijowa.


Morawiecki realizował je jako premier.


Broń.


Pieniądze.


Pomoc polityczna.


Rola Polski jako zaplecza wojennego.


Dzisiaj ton PiS wobec władz ukraińskich jest ostrzejszy, szczególnie w sprawie Wołynia i kultu UPA. Ale rdzeń pozostaje: Ukraina ma być nadal wspierana militarnie.


Nie tutaj powstał rozłam.


Rozłam powstał przy pytaniu:


> Kto będzie rządził PiS po Kaczyńskim i kto zostanie premierem, jeśli prawica odzyska władzę?




Kaczyński odpowiedział: Czarnek.


Morawiecki odpowiedział: mam własnych ludzi.


To nie jest więc wielka wojna ideowa.


To walka o sukcesję.


O listy wyborcze.


O stanowiska.


O dostęp do państwa.


O nóż, którym po wyborach kroi się tort.


Morawiecki zobaczył przyszłość bez siebie


Kaczyński wybrał Czarnka nieprzypadkowo.


Czarnek jest ostrzejszy.


Bardziej konserwatywny.


Łatwiej może rozmawiać z wyborcą, który odszedł od PiS do Konfederacji albo do Grzegorza Brauna.


Morawiecki reprezentuje natomiast coś innego.


Bankowy język gospodarki.


Brukselę.


Technokratyczne centrum.


Wielkie programy, wielkie deklaracje i jeszcze większe rachunki.


Jego strategia „dwóch płuc” miała poszerzyć PiS o przedsiębiorców, młodszych wyborców i umiarkowaną centroprawicę. Kaczyński zobaczył w tym partię wewnątrz partii.


Postawił ultimatum.


Morawiecki go nie przyjął.


Dziś były premier mówi, że ma czterdziestu posłów i rusza z własnym środowiskiem w Polskę. 


Można to nazywać walką o jedność.


Można mówić o dwóch płucach.


Można opowiadać o nowoczesnej centroprawicy.


Ale polityczna prawda jest prostsza.


Morawiecki nie zgodził się zostać statystą w rządzie Czarnka.


Nadchodzi rachunek za Zielony Ład


Jest jeszcze jeden powód, dla którego następny układ prawicy jest dla Morawieckiego niewygodny.


Prezydent Karol Nawrocki ponownie wystąpił o referendum dotyczące polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Nowe pytanie brzmi:


> „Czy jest Pan/Pani za realizacją przez Polskę polityki klimatycznej Unii Europejskiej?”. 




Tyle że strategiczny fundament tej polityki został zaakceptowany przez Polskę za rządów Mateusza Morawieckiego.


W grudniu 2020 roku Rada Europejska przyjęła cel ograniczenia emisji netto o co najmniej 55 procent do 2030 roku. Polska była częścią jednomyślnej decyzji. Ten cel otworzył drogę do późniejszych regulacji pakietu „Fit for 55”. 


Morawiecki nie podpisał osobiście każdej późniejszej dyrektywy.


Ale brama została otwarta za jego premierostwa.


I teraz mamy osobliwy obraz.


Prezydent związany z prawicą chce pytać Polaków, czy odrzucić kierunek polityki klimatycznej UE.


PiS chce mobilizować wyborców przeciwko kosztom Zielonego Ładu.


Braun od lat domaga się całkowitego rozliczenia tej polityki.


A człowiek, który uczestniczył w przyjęciu jej strategicznego celu, chciałby ponownie stać na czele prawicy.


Nie dziwmy się, że robi się nerwowo.


Brakujące mandaty trzyma Braun


Największy problem PiS nie nazywa się jednak Morawiecki.


Nazywa się arytmetyka.


W lipcowym badaniu CBOS PiS otrzymał 19,1 procent, Konfederacja 15,2 procent, a Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna 8,2 procent. To tylko jedna fotografia sondażowa, ale pokazuje, że Braun przestał być politycznym marginesem. 


Inna lipcowa symulacja dawała PiS 135 mandatów, Konfederacji 58, a ugrupowaniu Brauna 55.


PiS z samą Konfederacją nie miałby większości.


Dopiero dołączenie Korony dawałoby prawicy 248 mandatów i możliwość utworzenia rządu. 


Braun nie jest więc dodatkiem.


Nie jest folklorem.


Nie jest człowiekiem, którego można wyprosić z debaty, a następnie spokojnie przejąć jego głosy.


Może się okazać brakującym elementem większości.


I właśnie dlatego wszyscy mają z nim problem.


Dlaczego wszyscy boją się Brauna?


Donald Tusk ma powód, by obawiać się jego pytań.


O Unię.


O Ukrainę.


O polskie pieniądze.


O suwerenność.


O to, dlaczego Polska tak często przyjmuje rachunki wystawiane przez innych, a tak rzadko wystawia własne.


Kaczyński ma powód, by obawiać się jego mandatów.


Bez nich może nie być większości.


Z nimi trzeba będzie negocjować.


Nie jak z przystawką.


Jak z partnerem, który wie, że bez niego nie ma rządu.


Mentzen i Bosak mają powód, by obawiać się jego elektoratu.


Braun odbiera im monopol na antysystemową prawicę.


Mówi ostrzej.


Nie próbuje wyglądać na bardziej salonowego.


Nie ukrywa, że interesuje go przebudowa całego układu, a nie wyłącznie wejście do rządu.


Najwięcej powodów do niepokoju może mieć jednak Morawiecki.


Bo Braun nie wszedłby do przyszłej większości po to, by bronić dorobku jego gabinetu.


Pytałby o Zielony Ład.


O politykę pandemiczną.


O zadłużenie.


O bezwarunkową pomoc Ukrainie.


O decyzje podejmowane wtedy, gdy Kaczyński i Morawiecki występowali jeszcze jako jeden obóz.


Braun mógłby stać się nie tylko koalicjantem.


Mógłby stać się żywym aktem oskarżenia wobec części rządów PiS.


I właśnie dlatego Morawiecki może widzieć przed sobą bardzo niewygodny scenariusz:


Czarnek zostaje premierem.


Kaczyński zachowuje kontrolę nad PiS.


Braun dostarcza brakujące mandaty i stawia warunki.


A były premier zostaje z boku, obserwując, jak nowa kampania prawicy budowana jest na krytyce decyzji jego własnego rządu.


Kaczyński zna mechanizm Samoobrony


Kaczyński już kiedyś potrzebował głosów ugrupowania protestu.


W 2005 roku Samoobrona zdobyła 11,41 procent i 56 mandatów. Weszła do układu rządowego z PiS.


Dwa lata później uzyskała 1,53 procent i wypadła z Sejmu. 


Schemat był czytelny.


Najpierw potrzebujemy waszych mandatów.


Potem próbujemy przejąć waszych posłów.


Następnie wasz elektorat.


Na końcu przestajecie być potrzebni.


PiS może marzyć o powtórzeniu tego manewru z Braunem.


Przejmować jego język.


Zaostrzać ton wobec Ukrainy.


Krytykować Zielony Ład.


Mówić więcej o suwerenności.


A później przekonywać wyborców, że tylko duża partia może realnie rządzić.


Problem polega na tym, że Braun zna zakończenie historii Leppera.


Nie musi wejść do rządu za kilka stanowisk.


Nie musi oddać politycznej tożsamości za wspólne zdjęcie.


Może postawić warunki tak twarde, aby PiS nie był w stanie połknąć go bez konsekwencji.


Dokąd może pójść Morawiecki?


Nie ma dziś dowodu, że Morawiecki zamierza wejść do koalicji Donalda Tuska.


Ale ma już narzędzie do budowania własnej drogi.


Czterdziestu posłów.


Zaplecze europejskie.


Wizerunek bardziej centrowy niż obecny kurs PiS.


Jeżeli zbuduje własny klub albo partię, po wyborach może powiedzieć:


nie będę firmował rządu zależnego od „radykałów”,


potrzebna jest koalicja odpowiedzialności,


gospodarka wymaga stabilności,


Europa potrzebuje przewidywalnego partnera.


I nagle polityczny „foch” może zamienić się w ofertę dla centrum.


Nie musi od razu zakładać koszulki Platformy.


Wystarczy, że stanie się brakującym mostem pomiędzy częścią byłego PiS, PSL-em i fragmentem obecnego układu.


Dzisiaj to tylko możliwy scenariusz.


Ale czterdziestu posłów nie zbiera się po to, żeby wspólnie siedzieć obrażonym w kącie.


To nadal ten sam teatr


Patrzę na polski Sejm od lat.


Zmieniają się partie.


Nazwiska.


Hasła.


Dekoracje.


Ale mechanizm pozostaje znajomy.


Na scenie trwa wojna.


Za kulisami walka dotyczy tego, kto dostanie role, listy, spółki i większy kawałek tortu.


Dzisiaj Kaczyński walczy z Morawieckim.


Nie o to, czy państwo ma być podporządkowane partii.


Walczą o to, kto będzie tą partią zarządzał.


Morawiecki nie buntuje się przeciwko systemowi, który współtworzył.


Buntuje się, bo Kaczyński pisze następny akt bez niego w roli premiera.


A gdzieś obok stoi Grzegorz Braun.


Nie najsilniejszy.


Nie zdolny dziś do samodzielnego rządzenia.


Ale być może niezbędny.


I nie dający gwarancji posłuszeństwa.


Dlatego boją się go wszyscy.


> Tusk boi się jego pytań.

Kaczyński jego mandatów.

Mentzen jego elektoratu.

Morawiecki jego rozliczeń.




A cały system najbardziej boi się tego, że Braun nie przyjdzie po kawałek tortu.


Przyjdzie po nóż, którym ten tort jest dzielony.



---


Polaku, nie bądź obojętny — zostaw komentarz. Twoja bierność to cicha zgoda.

Głos obywatela, który ma dość politycznego teatru i duopolu. Zadaję pytania o dokumenty, podpisy i interes publiczny tam, gdzie władza woli rzucać etykiety. Nie bronię polityków, sprawdzam ich.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Polityka