SquareWrestler SquareWrestler
1557
BLOG

Zakute łby #2. Narracja zaczyna pękać

SquareWrestler SquareWrestler Polityka Obserwuj notkę 25
Miała być praworządność, profesjonalizm i skuteczne rozliczenia. Tymczasem sądy uchylają działania prokuratury, strategiczne zakłady pytają o zamówienia, a kolejne sukcesy rządu wymagają coraz dłuższych wyjaśnień. Narracja zaczyna pękać w kilku miejscach jednocześnie.

TYTUŁ: Tusk nie ma problemu z opozycją. Tusk ma problem z własnymi słowami


Nieufność Polaków do Donalda Tuska nie wzięła się z memów, TikToka ani partyjnej propagandy.


Ona ma pamięć.


Polacy przez pokolenia uczyli się, że wielkie deklaracje często kończą się cudzym interesem i polskim rachunkiem. Niemcy mieli swoje interesy. Rosja miała swoje interesy. Zachód miał swoje kalkulacje. Sojusznicy potrafili pięknie mówić, a potem zostawić Polskę samą przy stole, przy którym inni rozdawali karty.


Dlatego Polak ma w sobie naturalny odruch:


sprawdź papier,

zobacz kto podpisuje,

kto zarabia,

kto zapłaci.


I właśnie z tym odruchem Donald Tusk ma dziś największy problem.


Bo wielu ludzi pamięta jego poprzednie rządy nie jako bajkę o „zielonej wyspie”, ale jako czas bezrobocia, niskich pensji, umów śmieciowych i masowej emigracji. Dla wielu młodych ludzi realnym programem gospodarczym państwa było wtedy: pakuj walizkę i jedź do Niemiec, Anglii, Holandii albo Irlandii.


Miała być druga Irlandia.


A wielu Polaków musiało tej Irlandii szukać za granicą.


Do tego dochodzi lista politycznych rozjazdów: zapowiedzi niższych podatków i podwyższony VAT. Tymczasowe rozwiązania, które zostawały na lata. Euro, które miało być blisko, a potem temat przycichł. 100 konkretów, które w praktyce zamieniły się w 100 tłumaczeń, dlaczego się nie da. Kwota wolna 60 tysięcy, która pięknie wyglądała w kampanii, a gorzej w realizacji. KPO, które miało zostać odblokowane niemal jednym gestem, a rzeczywistość okazała się bardziej złożona niż konferencyjna opowieść.


To nie jest jedna wpadka.


To jest styl polityczny.


Najpierw wielka deklaracja.

Potem narracja.

Na końcu rachunek dla obywatela.


Morawiecki dostał łatkę Pinokia, bo ludzie łapali go na liczbach, półprawdach, propagandowych skrótach i kreatywnej księgowości politycznej opowieści.


Ale z Tuskiem problem jest inny.


Morawiecki był Pinokiem od tabelki. Tusk jest Pinokiem od całej scenografii.


Przy Morawieckim ludzie kłócili się o liczby. Przy Tusku problem jest większy, bo tu kłamstwo nie siedzi tylko w jednej wypowiedzi. Ono siedzi w całym teatrze politycznej wiarygodności.


Tusk nie sprzedaje jednej bajki.


On sprzedaje całe narracje.


O standardach.

O europejskiej normalności.

O bezpieczeństwie.

O odpolitycznieniu.

O odpowiedzialności.

O końcu państwa partyjnego.


A potem obywatel patrzy na decyzje, nominacje, pożyczki, afery, stare obietnice i nowe tłumaczenia — i widzi, że słowa znowu poszły w jedną stronę, a czyny w drugą.


Jeśli Morawiecki miał drewniany nos od propagandy sukcesu, to Tusk ma cały drewniany pomost do Brukseli — zbudowany z obietnic, które po wyborach zaczynają skrzypieć.


Dziś Donald Tusk wrócił do władzy z hasłami o odpowiedzialności, standardach, europejskiej stabilności i bezpieczeństwie. Tylko że rzeczywistość zaczyna przeciekać w wielu miejscach naraz.


PKP Cargo — strategiczna spółka państwa w kryzysie i restrukturyzacji. A przecież Polska leży w środku Europy i powinna zarabiać na cargo, tranzycie, logistyce i kolejowym krwiobiegu gospodarki. Tylko że samo położenie nie wystarczy, jeśli państwo traktuje strategiczne firmy jak polityczne zaplecze, a nie jak narodowy interes.


PAŻP i sprawa Pfizera — pandemiczne decyzje wracają po latach i uderzają rykoszetem w instytucję odpowiedzialną za polskie niebo. I znowu obywatel ma prawo pytać: kto podpisał, kto odpowiada, kto zapłaci?


Szpital Południowy — salonik VIP, polityczne powiązania, zarobki, zawiadomienia, audyty. Nagle okazuje się, że państwo „standardów” bardzo łatwo zaczyna wyglądać jak państwo dla swoich.


SAFE — rząd mówi o bezpieczeństwie, ale kluczowe słowo brzmi: pożyczka. Obywatel ma prawo pytać, na jakich warunkach, od kogo sprzęt, kto zarobi i kto będzie spłacał ten rachunek przez następne lata.


Wołyń w Europarlamencie — miękkie formułki przechodzą łatwiej niż twarde nazwanie spraw po imieniu. Pamięć wolno czcić, dopóki nie zaczyna przeszkadzać geopolitycznej narracji.


Zembaczyński i podobne sejmowe występy — standardy kończą się tam, gdzie kobieta z innego obozu mówi coś niezgodnego z linią salonu.


Do tego dochodzą donacje sprzętu dla Ukrainy bez jasnego, publicznego bilansu uzupełnień. Propozycje drakońskich kar dla żołnierzy w czasie wojny. I jeszcze opowieść o polskim statku kosmicznym, gdy państwo ma problem z ogarnięciem podstawowych strategicznych obszarów na ziemi.


Ktoś powie: przypadki.


Tylko że tych przypadków robi się za dużo.


Koalicja nie tonie przez jeden skandal. Koalicja zaczyna przeciekać w wielu miejscach naraz. Tu spółka, tam szpital, gdzie indziej obronność, jeszcze dalej unijne głosowania, pandemiczne rachunki i nominacje dla swoich.


I wtedy zaczyna się najciekawszy etap: ewakuacja układu.


Bo kiedy polityczny statek zaczyna nabierać wody, ludzie przyspawani do stanowisk zwykle nie myślą już o państwie. Myślą o własnych szalupach. O kontraktach, odprawach, radach nadzorczych, spółkach, konkursach, nominacjach i miękkim lądowaniu po katastrofie.


Dlatego obywatel powinien dziś patrzeć nie tylko na konferencje prasowe.


Powinien patrzeć na to, co dzieje się pod pokładem.


Kto dostaje stanowisko?

Komu przedłuża się umowę?

Kto przejmuje majątek?

Kto podpisuje kontrakt?

Jakie decyzje będą „nie do odkręcenia” za kilka lat?


I jest jeszcze jeden temat, którego w Polsce nie wolno zamiatać pod dywan: relacje Tuska z Niemcami.


Współpraca z Niemcami jest konieczna. To nasz sąsiad, potężna gospodarka, ważny gracz w UE i NATO. Ale współpraca nie oznacza uległości. Polska nie może mylić partnerstwa z grzecznym wykonywaniem „europejskiej” linii, która dziwnie często pokrywa się z interesem Berlina.


Dobry premier Polski nie jest od tego, żeby podobać się Berlinowi.


Dobry premier Polski jest od tego, żeby Berlin musiał liczyć się z Warszawą.


Tymczasem w polityce Donalda Tuska zbyt często widać niepokojącą miękkość wobec niemieckiego interesu. Wszystko, co wygodne dla Berlina, bywa opakowane w słowo „Europa”. Wszystko, co jest twardym polskim interesem, nagle staje się „awanturą”, „nacjonalizmem” albo „psuciem relacji”.


I właśnie dlatego Polacy pytają.


Nie dlatego, że nie rozumieją dyplomacji.


Tylko dlatego, że rozumieją historię.


Polacy wiedzą, że Niemcy grają na Niemcy. Rosja gra na Rosję. Bruksela gra na układ sił w Brukseli. A Warszawa powinna grać na Warszawę.


Donald Tusk ma dziś problem większy niż jedna afera, jedna wypowiedź czy jeden nieudany projekt.


Ma problem z wiarygodnością.


Bo zaufania nie odbudowuje się konferencją prasową.

Zaufania nie odbudowuje się uśmiechem w Brukseli.

Zaufania nie odbudowuje się kolejnym hasłem o standardach.


Zaufanie odbudowuje się zgodnością słów z czynami.


A gdy tej zgodności nie ma, obywatel nie widzi premiera.


Widzi człowieka od narracji.


Widzi polityka, który mówi jedno, robi drugie, a kiedy ludzie zaczynają pytać, próbuje ich pouczać z pozycji moralnej wyższości.


Tylko że Polacy nie są dziećmi.


Polacy pamiętają.


Pamiętają poprzednie rządy.

Pamiętają emigrację.

Pamiętają bezrobocie.

Pamiętają obietnice.

Pamiętają rachunki.

Pamiętają, kto mówił o standardach, a potem budował własny układ.


I dlatego nieufność do Tuska nie jest chorobą.


To pamięć narodowa.


Naród, który zbyt wiele razy słyszał piękne deklaracje przed cudzym rachunkiem, ma prawo pytać:


kto podpisuje,

kto zarabia,

kto odpowiada,

i kto za to wszystko zapłaci.


POLIGON JEST NASZ. STÓŁ JUŻ NIEKONIECZNIE


Donald Tusk ogłasza kolejny sukces: pierwsze ćwiczenia wojskowe Koalicji Chętnych odbędą się w Polsce. Będziemy gospodarzem, przygotujemy teren, infrastrukturę, logistykę i zaplecze. Brzmi dumnie — dopóki nie zestawi się tego z drugim komunikatem.


Ukraina i dziewięć państw europejskich tworzą nową koalicję obrony antybalistycznej. Polski wśród państw założycielskich nie ma. A to właśnie tam będą omawiane technologie, zdolności produkcyjne, podział przyszłych kontraktów i kierunek rozwoju całego projektu.


Premier tłumaczy, że Polska może dołączyć, kiedy nasze firmy przedstawią odpowiednią ofertę przemysłową. Czyli znowu jesteśmy podobno kluczowi dla bezpieczeństwa Europy, ale gdy zaczyna się rozmowa o technologii, produkcji i pieniądzach, okazuje się, że najpierw musimy udowodnić, że zasługujemy na miejsce przy stole.


Rola Polski wygląda więc znajomo: damy poligon, drogi, magazyny, zaplecze i logistykę. Inni mogą w tym czasie budować system, rozwijać technologie i dzielić przyszłe zamówienia.


Oczywiście sam udział w ćwiczeniach jest potrzebny. Problem zaczyna się wtedy, gdy rząd sprzedaje obywatelom rolę gospodarza jako dowód wielkiego geopolitycznego sukcesu, przemilczając, że w znacznie ważniejszym projekcie przemysłowym Polski na starcie zabrakło.


Poligon jest u nas. Koszty i odpowiedzialność również mogą być nasze. Ale technologia, produkcja i kontrakty mają zostać podzielone bez nas.


A kiedy ktoś zapyta, dlaczego Polska po raz kolejny ma być przede wszystkim zapleczem, premier zapewne znów uzna, że obywatel nie rozumie wielkiej polityki.


Dotarło, zakute łby?

PS. We wtorek „Zakute łby #3”. Temat: „Polska płaci, inni korzystają?” Zapraszam do dyskusji.


Polaku, nie bądź obojętny — zostaw komentarz.

Twoja bierność to cicha zgoda.

Głos obywatela, który ma dość politycznego teatru i duopolu. Zadaję pytania o dokumenty, podpisy i interes publiczny tam, gdzie władza woli rzucać etykiety. Nie bronię polityków, sprawdzam ich.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (25)

Inne tematy w dziale Polityka