Jak publicznie przekazać hasło do działania, nie wypowiadając rozkazu?
Nie mówić: „podpalcie”.
Powiedzieć:
„Jeżeli oni nie zmienią swojego postępowania, zaczną się bójki i podpalenia sklepów oraz domów”.
Zwykły odbiorca usłyszy prognozę. Krytyk rozpozna warunkową groźbę. Radykał może odebrać przyzwolenie. A gdy wybuchnie oburzenie, autor zawsze może odpowiedzieć:
„Nikogo do niczego nie namawiałem. Tylko ostrzegałem”.
Komunikat z wyjściem awaryjnym
Ten mechanizm ma swoją nazwę: strategiczna dwuznaczność.
Nadawca konstruuje wypowiedź w taki sposób, aby można ją było odczytać na co najmniej dwa sposoby. Pierwszy jest oficjalny, łagodny i bezpieczny:
„Przewiduję możliwe konsekwencje”.
Drugi może zostać odczytany jako sygnał:
„Jeżeli wydarzy się to, o czym mówię, będzie to odpowiedź na postępowanie drugiej strony”.
Nie pada rozkaz. Nie zostaje wskazany wykonawca. Pojawia się jednak bardzo konkretny scenariusz działania. Nadawca nie mówi, żeby ktoś wybił szybę, wszczął bójkę albo podłożył ogień. Informuje jedynie, że właśnie to może nastąpić.
Komunikat dociera do setek tysięcy ludzi, ale odpowiedzialność nie zostaje przy nikim.
Z tym mechanizmem wiąże się drugie pojęcie: plausible deniability, czyli wiarygodne zaprzeczenie. Nadawca tak buduje przekaz, aby po fakcie mógł przekonująco twierdzić, że jego słowa zostały źle zrozumiane, wyrwane z kontekstu albo zmanipulowane.
W polityce występuje również określenie „psi gwizdek”. Tak jak dźwięk specjalnego gwizdka jest niesłyszalny dla większości ludzi, lecz czytelny dla psa, tak publiczna wypowiedź może mieć dodatkowe znaczenie rozpoznawalne przez określoną grupę.
Dla jednych jest ostrzeżeniem.
Dla innych może być sygnałem.
Podpalenia na terytorium Polski
Natalia Panczenko, działaczka związana z Euromajdanem Warszawa i Fundacją Stand with Ukraine, wystąpiła w lutym 2025 roku w ukraińskim 5 Kanale.
Mówiła do ukraińskiej publiczności o sytuacji Ukraińców w Polsce i kampanii wyborczej prowadzonej przez polskich polityków. W pewnym momencie stwierdziła:
„Dziś co dziesiąty mieszkaniec Polski to Ukrainiec. Rozdmuchiwanie nieprzyjaźni między Ukraińcami a Polakami jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla Polski. Bo to na terytorium Polski zaczną się bójki, to na terytorium Polski zaczną się podpalenia jakichś sklepów, budynków i tak dalej”.
Nie powiedziała, kto miałby wszczynać bójki.
Nie powiedziała, kto miałby podpalać.
Nie wezwała również w tym fragmencie swoich rodaków, aby niezależnie od decyzji polskich władz nigdy nie odpowiadali przemocą.
Pozostawiła za to bardzo konkretny obraz: jeśli polscy politycy będą dalej postępować w określony sposób, na terytorium Polski rozpoczną się bójki i podpalenia.
Po wybuchu oburzenia Panczenko wyjaśniła, że jej wypowiedź była hipotetyczna. Twierdziła, że mówiła o tym, „co może się rozpętać, jeśli politycy się rozpędzą”, oraz o skutkach podsycania ksenofobii. Dodała również, że mówiła o tym „nie bez powodu”.
Jej zdaniem krytycy przekręcili wypowiedź, a całe zamieszanie pokazywało sposób działania rosyjskich służb w Polsce.
W ten sposób mechanizm się domknął.
Najpierw konkretny scenariusz przemocy.
Później zapewnienie, że była to tylko troska o bezpieczeństwo Polski.
A na końcu oskarżenie ludzi, którzy usłyszeli groźbę, o manipulację i powielanie rosyjskiej narracji.
Przypadek czy powtarzający się język?
W rozpowszechnianym w 2026 roku nagraniu Anna Miroszniczenko również mówi o niechęci między Polakami i Ukraińcami oraz o możliwości rozpoczęcia się na terytorium Polski bójek i podpaleń sklepów, domów i innych obiektów.
Nie udało mi się jednak dotrzeć do pełnego materiału źródłowego ani ustalić daty jego pierwotnej emisji, dlatego nie przesądzam, w jakim dokładnie kontekście padły te słowa.
Pozostaje jednak uderzająca zbieżność języka.
Dwie ukraińskie osoby publiczne.
Ukraińska telewizja.
Napięcia z Polską.
I ten sam niezwykle konkretny obraz przyszłości: bójki oraz płonące polskie sklepy i domy.
Być może obie kobiety tylko ostrzegały. Być może podobieństwo jest przypadkowe. Nie mamy dowodu, że którakolwiek z tych wypowiedzi stanowiła uzgodnione hasło do działania.
Ale mamy prawo zapytać:
Dlaczego właśnie podpalenia?
Dlaczego nie ogólne protesty, pogorszenie relacji albo kryzys społeczny?
Dlaczego w przekazie skierowanym do ukraińskiego odbiorcy konsekwencją decyzji polskich polityków ma być ogień pojawiający się na terytorium Polski?
Dowodu nie będzie
W takich przypadkach zazwyczaj nie istnieje dowód w rozumieniu rozkazu, instrukcji albo podpisanego polecenia.
Gdyby nadawca powiedział wprost: „Idźcie i podpalcie”, nie mielibyśmy do czynienia z psim gwizdkiem. Mielibyśmy jawne nawoływanie do przestępstwa.
Istotą strategicznej dwuznaczności jest właśnie brak jednoznaczności.
Obserwator dysponuje jedynie słowami, miejscem ich wypowiedzenia, adresatem, momentem publikacji oraz późniejszymi zdarzeniami. Reszta pozostaje interpretacją.
Nie wiemy, czy istniał docelowy odbiorca znający dodatkowy kontekst. Nie wiemy, czy ktokolwiek odczytał te słowa jako sygnał. Nie możemy udowodnić, że taki sygnał został świadomie wysłany.
Jeżeli jednak właściwy odbiorca istnieje, komunikat może być dla niego zupełnie jasny.
I właśnie dlatego ten mechanizm jest skuteczny.
Nadawca nie musi niczego dopowiadać, a postronny obserwator nie może wykazać, że drugie znaczenie rzeczywiście zostało zamierzone.
Kiedy prognoza spotyka rzeczywistość
W maju 2024 roku spłonęła hala przy Marywilskiej 44 w Warszawie. Polska prokuratura ustaliła później, że było to celowe podpalenie przeprowadzone przez grupę działającą na zlecenie rosyjskiego wywiadu.
W sprawie pojawili się obywatele Ukrainy. Jeden z nich miał dokumentować pożar i przekazać nagranie dalej. Inni Ukraińcy zostali skazani za uczestnictwo w powiązanej grupie sabotażowo-terrorystycznej.
Rosyjskie zlecenie i ukraińscy uczestnicy nie wykluczały się. Występowały jednocześnie.
Podobny problem z przedwczesnymi pewnikami pokazał Nord Stream. Bezpośrednio po wysadzeniu gazociągów polityczna i medialna narracja kierowała podejrzenia przede wszystkim ku Rosji. Tymczasem niemieckie śledztwo doprowadziło do obywateli Ukrainy, a prokuratura postawiła byłemu ukraińskiemu oficerowi zarzut działania w imieniu ukraińskich struktur państwowych.
Rosja mogła zatrzymać przesył gazu, zakręcając zawór.
Ktoś inny mógł mieć interes w tym, aby zaworu nie dało się już ponownie odkręcić.
Dzisiaj Donald Tusk mówi o celowym podpaleniu i akcie sabotażu w Skarżysku-Kamiennej. W przypadku pożaru zakładu w Lublinie nie ma jeszcze takich dowodów, lecz premier nie wyklucza podobnego scenariusza. Ponownie pojawia się rosyjski kontekst.
Być może słusznie.
Ale Nord Stream nauczył nas, że pierwsza politycznie wygodna wersja nie zawsze jest wersją prawdziwą. Marywilska pokazała natomiast, że rosyjski mocodawca może korzystać z ukraińskich wykonawców.
Nie wolno więc zamykać żadnego kierunku tylko dlatego, że jeden z nich jest wygodniejszy dla rządu, mediów albo stosunków międzynarodowych.
Medal za ostrzeżenie
W sierpniu 2026 roku Natalia Panczenko otrzymała Medal Wolności Słowa przyznawany przez Fundację Grand Press. Kapituła nagrodziła ją za budowanie porozumienia między Polakami i Ukraińcami.
Nie był to medal państwowy i prezydent nie miał wpływu na jego przyznanie.
Pozostaje jednak symboliczny zgrzyt.
Osoba, która publicznie opisywała możliwość rozpoczęcia się w Polsce bójek oraz podpaleń sklepów i budynków, została nagrodzona za działalność na rzecz polsko-ukraińskiego dialogu. Jej słowa uznano za ostrzeżenie, a krytykę przedstawiono jako niesprawiedliwy atak i dezinformację.
Warto więc przeprowadzić prosty eksperyment.
Co stałoby się z polskim działaczem, który w polskiej telewizji powiedziałby:
„Jeżeli ukraińscy politycy będą dalej rozdmuchiwać niechęć do Polaków, na Ukrainie zaczną się bójki i podpalenia sklepów oraz domów”?
Czy również tłumaczono by, że wyłącznie troszczył się o bezpieczeństwo Ukrainy?
Czy dostałby medal za budowanie porozumienia?
Czy raczej usłyszelibyśmy o zakamuflowanej groźbie, mowie nienawiści i konieczności zainteresowania się nim przez służby?
Nie twierdzę. Pytam
Nie twierdzę, że Natalia Panczenko albo Anna Miroszniczenko wydały komukolwiek rozkaz podpalenia.
Nie twierdzę, że znają sprawców któregokolwiek pożaru.
Nie twierdzę, że istnieje udowodniony związek między ich wypowiedziami a konkretnymi aktami sabotażu.
Twierdzę coś innego.
Publiczne wypowiedzi mają konstrukcję, która pozwala jednocześnie przekazać konkretny scenariusz przemocy i zachować pełną możliwość zaprzeczenia, że kogokolwiek do czegokolwiek zachęcano.
To może być przypadek.
Może być nieodpowiedzialność.
Może być również komunikat zrozumiały tylko dla odbiorcy, który wie, czego ma słuchać.
Tego na podstawie samych nagrań nie rozstrzygniemy.
Możemy jednak nie udawać, że drugiego znaczenia w ogóle nie ma.
Psi gwizdek nie zostawia odcisków palców. Zostawia tylko ludzi, którzy twierdzą, że niczego nie słyszeli, oraz tych, którzy mogli usłyszeć dokładnie to, co mieli usłyszeć.
Rozkaz można ścigać. Prognozę można nagrodzić medalem. Różnica czasami mieści się w jednym dobrze dobranym trybie warunkowym.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)