9 obserwujących
29 notek
51k odsłon
2629 odsłon

Ciemno, prawie fabuła

Wykop Skomentuj15

Do kin weszła ekranizacja powieści Joanny Bator „Ciemno, prawie noc”. Filmu jeszcze nie widziałem, ale czytałem książkę i napisałem złośliwą recenzję. Miłej lektury!

*

Ktoś to musi w końcu powiedzieć: król jest nagi. Nagrodą Nike wyróżniono powieść, na którą składa się zbiór luźno powiązanych scen. Bywa, że są to sceny wyśmienite, ale nawet najlepsze fragmenty książki nie mogą przysłonić chaosu tematycznego i fabularnego.

Baśń, horror, gotycyzm, satyra, kryminał, thriller, romans, proza społeczno-obyczajowa, psychologiczna, a na deser nawiązania do „Władcy Pierścieni” – czego w tej powieści nie ma! Tyle że co za dużo, to niezdrowo. Historia powracającej do Wałbrzycha dziennikarki Alicji Tabor, która przygotowuje reportaż o zaginionych dzieciach i równocześnie poznaje własną ciemną przeszłość, rozpada się przez to zupełnie.

Najlepiej pokazać to na przykładzie konwencji baśni literackiej, która wyznacza najszerszą ramę utworu. Zasadnicza konstrukcja jest sensowna: nieustanne zmagania kociar i kotojadów to wielka walka dobra ze złem, a bohaterka trafia w sam jej środek, aby w końcu stanąć po jasnej stronie. Nie brakuje też konkretyzujących baśniowość szczegółów w rodzaju ektoplazmy, w którą miał się przekształcać na mrozie oddech małej Alicji (przynajmniej według jej siostry Ewy). W czym zatem problem? Otóż dorosła już Alicja nie musi podejmować jakiejkolwiek walki wewnętrznej (zewnętrznej zresztą też nie bardzo). Nie czekają jej żadne próby, żadne pokusy, żadne chwile załamania. 

Już same opowieści starego sąsiada, pana Alberta Kukułki, powinny być dla protagonistki głęboko traumatyczne – zarówno z psychologicznego punktu widzenia, jak też z powodu fabularnej logiki baśni literackiej, która żywi się moralnymi skazami i słabościami bohaterów. Tymczasem Alicja przyjmuje nawet najgorsze wiadomości tak, jakby dotyczyły kogoś kompletnie jej obojętnego. Najwyżej raz na jakieś dwieście stron dopadnie ją nieprzyjemny sen. Aż trudno uwierzyć, że w ten sposób charakteryzowana jest główna bohaterka książki o tytule „Ciemno, prawie noc”. W efekcie baśniowość tekstu staje się wydmuszką, najważniejsza postać nie przechodzi realnej inicjacji, jest statyczna i najzwyczajniej nudna.


image


Nużący okazują się również bohaterowie będący czystymi funkcjami fabularnymi (kliniczny przykład stanowi Martin, zresztą romans Alicji z nim powinien otrzymać specjalną nagrodę dla najbardziej zbędnego wątku roku). Tego rodzaju postacie byłyby funkcjonalne w krótkiej baśni ludowej, ale nie w powieści na kilkaset stron. Nieco lepiej przedstawia się sprawa z bohaterami takimi jak Czesio-Celestyna i Albert Kukułka, mającymi za sobą ciekawe historie. Te ostatnie nie wpływają jednak na rozwój teraźniejszej warstwy fabularnej – gdyby je usunąć, nic by się w niej nie zmieniło. Zastrzeżeń nie można mieć tylko pod adresem postaci trzeciego planu, a więc tych, których konstrukcja zasadza się nie na roli w obrębie akcji, lecz na sposobie budowania opisów i dialogów. Ten jest zresztą w całej książce co najmniej dobry, a często znakomity; pełno tutaj niebanalnych środków językowych i oryginalnych skojarzeń, z rzadka tylko trafiają się coelhizmy w rodzaju nazwania łez „oczyszczającą słoną falą”.

Ogólnie mówiąc, metoda pisarska w „Ciemno, prawie noc” to kumulowanie mikronarracji i obrazków z życia. Sprawdza się to na krótką metę, jest nawet zajmujące, ale nie pozwala stworzyć spójnej całości. Oprócz wspomnianych już przykładów wyraźnym symptomem tej choroby są okresowe napady turpizmu-naturalizmu. Mianowicie w niektórych miejscach narracja na chwilę zanurza się w brutalnym złu, mniej lub bardziej drobiazgowo opisując seksualne wykorzystywanie dzieci przez rodziców, pornografię dziewczęco-zwierzęcą („Związana dziewczynka spółkująca z psem, jej twarz wykrzywiona w bólu, oba stworzenia w obrożach”) i tak dalej. Ale nie masz się czego obawiać, czytelniczko lub czytelniku, prawie zawsze po dwóch–trzech stronach przemoc się skończy i powrócisz do bezpiecznego świata odległych asocjacji i stylistycznej ironii. Pomoże ci to, iż bohaterowie pozostaną impregnowani na wszelkie przejawy zła, traktując je tak, jak gdyby nigdy się nie zdarzyły. W najlepszym razie narratorka wyjaśni krótko: „Czułam, że mamy przeciw sobie coś o wiele potężniejszego […]. «Kotojady», szepnęła z zaświatów moja siostra”, koniec. 

W gruncie rzeczy nie mam pewności, czy to jeszcze warsztatowa niedbałość, czy może już tabloidyzacja przemocy (choć jako życzliwy odbiorca wybieram wersję pierwszą). Bez wątpienia natomiast jest to powód, dla którego „Ciemno, prawie noc” nie może być dobrą literaturą grozy. Co miałoby bowiem być realnym nośnikiem tej ostatniej, skoro sami bohaterowie pozostają niewzruszeni nawet najokropniejszymi zdarzeniami?

Wykop Skomentuj15
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura