3 obserwujących
113 notek
14k odsłon
  48   0

Życie i śmierć byłego powstańca warszawskiego (frg.powieści)

Chwila 86… ślad w zapisce z 1968 roku

     „Biskup” na odchodnym rzucił mu jeden adres: Niech się zgłosi do mordowni u „Miska” na Chmielnej, naprzeciwko Dworca, a właściwie na tyłach dworca, naprzeciwko bocznic kolejowych na składowiskach węgla. Podła mordownia, gdzie furmani i wozacy całej, okopconej, palącej w piecach węglem okupowanej Warszawy, pobierają i zaopatrują się w antracyt. Tak się wyraził, jakby to miało jakieś znaczenie dla konspiracji: „antracyt”.  W ciągu dnia przewija się przez ten plac setki i tysiące platonów, wozów i furmanek, z węglem i po węgiel, w wszystko to furmaństwo pije i wchodzi do Miśka na sznapsa. Potrzeba tam silnego chłopa do znoszenia do piwnic beczek z piwem, umieszczania ich pod szynkwasem i nabijania pipy. 

      Zabrzmiało to tak poważnie, jak polecenie służbowe, albo jak rozkaz wojskowy, wystarczyło tylko stuknąć obcasami, chociaż pan Michał nie zgłaszał akcesu organizacji ani nie składał przysięgi wojskowej i konspiracyjnej. „Biskup” widocznie wyczuł w jego wzroku to pytanie, bo odparł krótko: Nie trzeba. Już raz składałeś przysięgę Rzeczpospolitej. Drugi raz ni potrzeba. Taktujemy cię jak swojego, dalej w służbie. Pan Kulbaka nie wyczuł w jego tonie żadnej protekcjonalności ani przymusu. Wyczuł samą dobrą wolę i chęć pomocy. Gdy Michał tam poszedł, to dopiero tam poznał, co to jest zjawisko zwane ludzkim życiem. No, przede wszystkim to, że nie jest warte splunięcia. Nie trzeba ludzi zamykać do Auschwitzów, żeby się traktowali jak SSmani i piple.
     Setki wozaków brudniejszych od koni, ale chyba od koni zdrowszych, to znaczy odporniejszych na robactwo i zarazki gonokoków, żarło tę kiełbasę z psów u „Miśka”, brudnymi, nigdy niemytymi łapami, przepijając palącą trzewia, prymitywna gorzałką. Wypijali hektolitry piwska i wyjeżdżali z przekrwionymi ślepiami, powożąc zaprzęgiem często prosto pod koła nadjeżdżającej z Niemcami ciężarówki, i nic złego się nie działo, Niemcy omijali wóz z węglem rozbawieni, a pijany wozak jechał dalej. Pewnie mieli też u siebie takich samych wozaków w Reichu, wiec traktowali to, jako fragment ludowego folkloru. A poza tym, tolerowali rozwój drobnej działalności gospodarczej wśród Polaków, bo na niczym im tak bardzo nie zależało, jak na tym, żeby mieć spokój na tyłach frontowego zaplecza. Oczyszczanie terenów do niemieckiego osadnictwa nad Wisłą przygotowywali powoli, zaczynając od Żydów, przesiedlonych do Getta. Gdy Niemcy zaczęli tworzyć żydowską dzielnicę i wysiedlać z niej Polaków, pan Michał też się musiał wynieść z jednej meliny, z której miał najbliżej do Starówki. Jemu było łatwo znaleźć klitkę, byle gdzie, na poddaszu, ale rodziny wyrzucone z mieszkań tułały się rozpaczliwie miesiącami, często koczując po cudzych, przygodnych piwnicach. Poza tym, stworzono obóz koncentracyjny tzw. KL Warszchau, w którym przetrzymywano niby element aspołeczny i unikający pracy, właśnie tych bezdomnych ludzi, wyrzuconych z mieszkań lokatorów.
    U „Miska” wolał siedzieć w piwnicach pod barem, przerzucając puste beczki po piwie i wynosić pełne do baru, pod szynkwas, podłączając do pipy, niż się szwędać z miotłą wśród ciemnych typów, zamiatając po nich rozgniecione na podłogach i sieniach pety. A pluli i szczali gdzie popadło, tak że śmierdziało uryną na sąsiednie ulice, ale miało to tę dobrą stronę, że omijali to miejsce umundurowani Niemcy. Mieli zabronione wchodzić do takich mordowni. Co innego szpicle i waluciarze, tych nie brakowało w robociarskim półświatku. Waluciarze handlowali tu dolarami, wymieniając je na złoto z Auschwitzu, albo odwrotnie. Kulbaka zrozumiał po pewnym czasie, że jego robota polega na tym, żeby mieć oko na waluciarzy i szpicli, w czasie operacji wykupywania z rąk gestapo kogoś uwięzionego na Pawiaku. Oni, jakiś waluciarz na usługach Związku Walki Zbrojnej (później Armii Krajowej), dostarczał dolary albo złoto z personaliami więźnia, a szpicel albo gestapowiec, składał obietnicę, że załatwi. W razie możliwości podczas tej operacji był dyskretnie, przez kogoś z podziemia, fotografowany. Jeśli gestapowiec się nie wywiązał z umowy, wiedział, że może dostać kulkę na każdym rogu ulicy.
    Michał nie był we wszystko wtajemniczany, bo te robotę załatwiali między sobą oficerowie, ale często dostawał cynk, że ma przyjść z bronią, właśnie w tym czasie, gdy ma mieć „na wszystko oko”.  Wtedy albo przynosił pistolet ze skrytki swojej meliny, (jednej z kilku melin), albo przygotowywał go do natychmiastowego użycia kładąc w jakimś zakamarku barowym, żeby mieć gnata zawsze pod ręką. Czasem był to jakiś papier po śledziach w kubełku na szampan, albo paczka po cytrynach lub skrzynka wódki. Kiedy podejrzewał, że przyszli i dokonują wymiany, bo na sali siedzi w różnych miejscach kilku podejrzanych gości, a na antresoli między szafkami widać jakiś cień, ze szklącym się od czasu do czasu, jak dno butelki, między innymi butelkami, obiektywem aparatu fotograficznego, to przekładał gnata za pasek spodni, albo trzymał w zasięgu ręki w szafce, wśród fartuchów personelu i mioteł.
     Toteż, gdy po jakimś czasie, usłyszał, że już tam nie będzie pracował, zrozumiał, że postanowili go wymienić na kogoś obcego, a jego wycofać, bo już mógł wpaść w oko komuś z Szupo, pokazując się zbyt często wśród gości. Chodziło o to, żeby wprowadzić kogoś nowego z nieopatrzoną gębą.
    W stosunku do Michała mieli taki plan, żeby go zrobić gołębiarzem, który będzie strzelał do gestapowców i konfidentów z dużej odległości ale nie posiadali w całej Warszawie, ani w całej Polsce jednego sprawnego karabinu, który by się nadawał do snajperskiego celu. Takie specjalistyczne karabiny mieli Niemcy i sowieci, ale nie do kupienia za żadne pieniądze, bo co, z którym Niemcem schodziła rozmowa na ten temat, to bezradnie rozkładali ręce twierdząc, że takie karabiny pewnie mają w Wehrmachcie, w jednostkach bojowych, ale nie można ich dostać na terenie Warszawy. No a z kabekaesu nie zastrzelisz Niemca z odległości czterystu metrów, nawet przy zastosowaniu lunety. Poza tym chodziło o to, żeby część śmierci konfidentów albo gestapowców wyglądała na nieszczęśliwy wypadek. Na przykład, że gość rąbiąc patyki do pieca uderzył się siekiera w tętnicę udową i szybko wykrwawił.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura