Pierwsze, sondażowe wyniki wyborów prezydenckich pozwalają na sformułowanie analogii z polską ekstraklasą piłkarską i jej stanem do roku ubiegłego. Na jakiś czas utarło się bowiem, że mistrzem kraju z konieczności zostać musi krakowska Wisła, a miejsca tuż za jej plecami przypadną notorycznie sfrustrowanym grajkom Legii i Lecha. W zmianę status quo co poniektórzy nie uwierzyli do momentu, gdy kapitan Lechitów Bartosz Bosacki wzniósł jednak tej wiosny mistrzowskie trofeum.
A w polityce tak samo, jak w futbolu przed majem br. Nic nowego w państwie polskim. Wyniki czołowych pretendentów do tytułu I Demagoga RP nie zaskakują ani trochę. Komorowski wygrywa, musząc wszakże stanąć do jeszcze jednej konkurencji. Kaczyński przegrywa, ale mając w pamięci casus brata sprzed pięciu lat - nie traci nadziei. Nadzieje jego płonne, o czym za chwilę.
Podobnie jak na zielonym boisku, tak i w wyborach najciekawiej dzieje się w dole tabeli. Oto bowiem - wedle niektórych sondaży - dwu jakoby popularnych, wywodzących się z politycznego establishmentu kandydatów musiało uznać wyższość (a w najgorszym razie - równość) pretendenta zupełnie spoza głównego nurtu. Polityka wielokrotnie wyśmiewanego, karykaturalizowanego, unikanego przez najbardziej wpływowe media. Mowa oczywiście o p. Januszu Korwin-Mikkem. Paradoksalnie, jeśliby potwierdził się jego triumf nad Waldemarem Pawlakiem i Andrzejem Olechowskim, okazałoby się, iż reżimowe i komercyjne media nie są aż tak wszechmocne, jak im się to niejednokrotnie imputuje. Przede wszystkim zaś byłby to czytelny sygnał, że poza politycznym mainstreamem, równającym poziomem dyskursu do konkursów esemesowych w ramach kolejnych edycji programu Big Brother, posługując się niemal wyłącznie internetem, można stworzyć polityczną jakość. Nie taką rzecz jasna, która oznacza dwucyfrowe wyniki w sondażach i reprezentację w parlamencie. Jeżeli starcza jej, by ożywić i choć trochę zracjonalizować publiczną debatę - to już jest to wielki sukces, który w tych wyborach przypada w udziale właśnie Januszowi Korwin-Mikkemu. Pomyślcie kochani, coby było, gdyby ten polityk otrzymał w liczących się mediach tyle przestrzeni do głoszenia swoich poglądów, ile mają niechby i pp. Olechowski bądź Pawlak, którzy - niewykluczone - przegrali z dawnym liderem UPR. Jak sądzicie - kto byłby teraz w drugiej turze?
Tak, tak. Dobrze się domyślacie. Pomimo, że w liberalizmie gospodarczym daleko mi do radykalizmu p. Janusza, a jego zapatrywania religijne, obyczajowe i ustrojowe są mi równie obce jak realny socjalizm, to głosowałem dziś właśnie na niego. O tym, dlaczego w ostatnich dniach zmieniłem decyzję i miast Olechowskiemu, oddałem głos Korwinowi, napiszę szerzej jutro.
Na koniec pytanie fundamentalne - czy Jarosław Kaczyński będzie Bartoszem Bosackim polskiej polityki, i tak jak kapitan Lecha na czele swoich kolegów przełamał dominację Wisły Kraków, tak i Brat-Ersatz przerwie hegemonię PO na krajowym podwórku politycznym? Otóż stawiam sztabki złota przeciwko orzechom, że tak się nie stanie. Sytuacja obecna jest bowiem zupełnie nieprzyrównywalna do tej sprzed pięciu lat i zdumiewającego wyczynu ś.p. Lecha Kaczyńskiego powtórzyć się nie uda. O wiele mniejsze jest przede wszystkim poparcie dla kandydatów przegranych, nie ma idoli reakcyjnej wsi pokroju Leppera i Giertycha, których elektorat mógłby w kulminacyjnym momencie przechylić szalę na korzyść przywódcy PiS. Wyborcy Grzegorza Napieralskiego gremialnie zaś - jak podejrzewam - poprą Komorowskiego. Młodzi zrobią to z obawy przed konserwatywną twarzą "kaczyzmu", a starzy - z lęku przed jego obliczem antykomunistycznym, niejako w myśl zasady: byłem w ZOMO, byłem w ORMO, teraz jestem za Platformą! Ale zanim to się stanie, niech cieszą się wszyscy ci, którzy przez wiele lat wypatrywali z utęsknieniem sukcesu kandydata liberalnego, a jednocześnie zorientowanego świecko i sekularystycznie. A że kandydat ten rozdwoił się na Janusza Korwin-Mikkego i Grzegorza Napieralskiego? Jak się nie ma co się lubi, to się lub co się ma.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)