„Naczelną zasadą polityki finansowej mojego rządu będzie stopniowe obniżanie podatków i innych danin publicznych. Dotyczy to i musi dotyczyć wszystkich. I tych mniej zamożnych i tych bogatszych. Wszyscy mają prawo do tego, aby państwo przyjęło wreszcie kierunek na obniżanie podatków i danin publicznych. Będziemy prowadzili tę politykę rozważnie, to musi być rozważny marsz. Ale chcę, aby to był marsz zawsze w jednym kierunku, zawsze w kierunku niższych podatków i zawsze w kierunku rezygnacji z nadmiernych, często zbędnych danin publicznych, jakie obywatel płaci na rzecz administracji”.
Te słowa winny dzisiaj rozbrzmiewać we wszystkich środkach masowego przekazu. Stanowią bowiem fragment expose premiera Donalda Tuska sprzed niespełna 3 lat. Zmiana kierunku "marszu" jakoś nikogo specjalnie nie kłopocze - ani samego premiera, który we własnym mniemaniu wciąż pozostaje "człowiekiem o światopoglądzie umiarkowanie rynkowym" (czyli co - Nikołaj Bucharin i NEP? Co to znaczy "umiarkowanie"??), ani jego ulubionego eksperta Boni M. (ostatnio ciepłe słowa o nim wyczytałem na portalu lewica.pl), ani nawet opozycji z PiS. Dla nich Tusk i tak zawsze już będzie złym liberałem, który chce prywatyzować szpitale. W zasadzie mógłbym z powodzeniem wyrzucić z poprzedniego zdania przymiotnik "zły" - wiadomo wszak, że w polskim dyskursie publicznym termin "liberał" funkcjonuje li tylko w charakterze inwektywy.
Dyskusja na temat planowanej podwyżki VAT nie powinna dotyczyć wyłącznie zagadnienia specyficznie ekonomicznego: na ile - jeżeli w ogóle - wzmożony ucisk fiskalny przyczyni się do poprawy sytuacji budżetowej. W mojej ocenie ogłoszona właśnie decyzja PO powinna również stanowić asumpt do rozmowy o granicach populizmu w polityce.
Nie w sensie - jak perfidnie można kłamać kokietując wyborcę, bo to temat bardziej dla niemrawego moralisty aniżeli politologa bądź filozofa polityki - ale raczej: czy populizm zawsze ma nalaną twarz oderwanego od pługa rolnika i pokrzykującego w udanym amoku watażki? A może wyważony, uśmiechnięty facet z uniwersyteckim wykształceniem, opowiadający rodakom o polskim cudzie gospodarczym jest bardziej przesiąknięty fałszem, niż ludzie pokroju Leppera, Wildersa czy Le Pena? Czy tęsknoty klasy średniej za frazeologią porozumienia, miłości i umiaru także mogą stać się dla populizmu pożywką? Czy wreszcie naturalnym habitatem masowego przemysłu politycznej obłudy nie jest czasem po prostu egalitarna demokracja - tj. rządy tłumu? Co jeśli jest to tłum bezideowego mieszczaństwa i półinteligencji, której byle pozer nader łatwo wciska bajeczki o liberalizmie, zadłużając zarazem państwo, obiecując refundację in vitro, częściowo zakazując hazardu, a przede wszystkim umacniając fiskalizm i etatyzm (40 tys. nowych urzędników w roku 2009!!)?
PS: Gdyby ktoś nie rozumiał, dlaczego decyzja o podwyżce VAT - choć nieszczególnie popularna - stanowi przejaw populizmu, zalecam wykonanie następującej imaginacji: klasa średnia, w którą podwyżka najbardziej uderzy - a pamiętajmy, że stanowi ona trzon elektoratu PO; tak więc już tu tkwi źródło kłamstwa - organizuje się w związek na wzór tych zawodowych i jedzie do Warszawy palić opony i śpiewać "Rotę", ściągając na siebie tym samym uwagę i współczucie całego zgromadzonego przed telewizorami narodu. Przerażony wizją politycznej klęski premier Tusk rezygnuje z podwyżki i ceduje ciężar ratowania budżetu na mundurowych, którym błyskawicznie odbiera przywileje emerytalne. Wszyscy Polacy są dumni ze swojego przywódcy, że tak sprytnie rozwiązuje problem deficytu, normalnym ludziom nie czyniąc przy tym krzywdy.
Niemożliwe? No właśnie!!
95
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)