Motto: „Kto nie wyjdzie z domu swego, by socyalizm z oblicza Ziemi zgładzić, do tego socyalizm sam przyjdzie i stanie przed obliczem jego” –znalezione w Internecie.
Nieraz już pisałem na tym blogu o postępującej faszyzacji życia społecznego w krajach UE – ale ostrzeżeń przed katastrofą nigdy dość. Dlatego dziś – na miesiąc przed tryumfalnym wejściem do Polski drastycznych przepisów antynikotynowych i w samym środku heroicznej walki z dopalaczami – trudno o bardziej warty poruszenia temat.
Wybitny ekonomista i filozof polityki Fryderyk von Hayek, pytany o genezę tendencji faszystowskich, miał zawsze na podorędziu jedno słowo: socjalizm. Na przestrzeni ponad połowy wieku wykazywał niestrudzenie, że ustrój ten, jako przejaw wiary społeczeństwa w omnipotentną władzę, zdolną zagwarantować każdemu chleb, opiekę i bezpieczeństwo – nieuchronnie owocuje u owej władzy wiarą w posiadanie nieskończonych prerogatyw do sterowania ludzkim życiem – przy pełnej aprobacie ufnych w opiekuńczą moc państwa ludzi.
Polski homo sovieticus,skutecznie wychowany i utwierdzony w socjal-dewiacjach przez szczęśliwie miniony system, również rad jest wiedzieć, że państwo się nim opiekuje. Nakaz zapinania pasów w samochodzie? Spoko, przecież to dla naszego bezpieczeństwa! Zakaz pojedynków, nawet na pięści (vide: uporczywe prześladowanie kibiców piłkarskich)? No, chyba nie damy ludziom się pozabijać! Kryminalizacja narkomanów? Aż strach pomyśleć, co by się stało z tymi biedakami, gdyby państwo nie powstrzymywało ich pędu do autodestrukcji! Zakaz palenia papierosów w miejscach publicznych? Nareszcie ktoś posłuchał lekarzy – od lat ostrzegają przed rakiem płuc!
To tak na teraz, żeby się ciemny lud nie połapał, że coś tych obostrzeń za dużo się robi. A za czas jakiś… Podatek od fast foodów tudzież zakaz publicznego spożywania tychże? No, nareszcie ktoś pomoże mi schudnąć! O, a jakby tak jeszcze jedzących je grubasów z ulic usunąć – zły przykład najmłodszym dają. Ach, jak to wspaniale, że żyjemy w demokracji!*
Zaczyna się i kończy nieodmiennie tak samo: od „darmowej” opieki państwa, osobliwie zaś „darmowej” służby zdrowia - do „darmowego” wchodzenia z buciorami pod strzechy z całą garścią zakazów i nakazów – żeby ktoś czasem, z głupoty swej, nie zachorował i „darmowego” systemu ponad miarę nie obciążył.
Zasada jest nadzwyczaj prosta: wolności towarzyszyć musi odpowiedzialność. Scedować tę drugą na państwo – to oddać pierwszą w pacht rozmaitym socjalistom, faszystom i innym totalniakom. Nie na darmo nazywamy niekiedy walfare state państwem paternalistycznym; rzeczownik „pater” znaczy, jak wiadomo, „ojciec” – a ojciec zawsze wie, co jest dobre, a co nie dla jego dzieci. W przeciwieństwie do nich samych…
Istnieje wszelako jedna różnica pomiędzy relacją ojciec – dziecko a stosunkiem socjalnego państwa do obywatela: rozsądny rodzic kontroluje latorośl jedynie w tej mierze, w jakiej pozwoli to potomkowi osiągnąć przyszłą samodzielność – i tylko do chwili, gdy to nastąpi. Państwo tymczasem, raz posmakowawszy owocu z Zakazanego Drzewa (Nie)Dyskretnej Kontroli – kontroluje, pilnuje i podsłuchuje nas od kołyski, aż po grób.
*Radość z życia w systemie demokratycznym płynie u naszych prostodusznych krypto-totalitarysów niechybnie stąd, że gdyby przeczytali gdzieś, że jakiś feudał przymuszał swych chłopów do przypinania się sznurem do wozu, a co wieczór przychodził do nich do domu i sprawdzał, czy ci nie zażywają aby jakichś zagadkowych ziółek bądź nie walczą między sobą z nudów na kije od wideł – z pewnością wznieśliby okrzyk świętego obudzenia przeciwko feudalnej niewoli. A tak: jest demokracja, ludźmi rządzi wola powszechna. Więc szafa gra…


Komentarze
Pokaż komentarze (4)